czwartek, 31 stycznia 2013

44. Pippin: Voivod, Phobos


Ocena: * * * ½

Na początku złowieszcze, niepokojące intro, a po upływie minuty z małym hakiem – ostry atak gitar. I ten właściwie zostanie już do końca. Nie ma zmiłuj. W znanym sporze o to, czy lepiej grać głośno, czy ciężko, płyta „Phobos” mogłaby reprezentować interesy zwolenników obu opcji.
„Phobos” nie był w karierze Voivod dziełem jakoś wybitnie przełomowym, za to poniekąd był graniczny. Pokaźna reorganizacja składu, nowy wokalista (debiutował już na „Negatronie”, ale po latach ta płyta jest trochę zapomniana) i wyprawa w rejony mroczniejsze i bardziej pokomplikowane niż wcześniej nie pozostały bez wpływu na fanów. Jedni się odwrócili, drudzy wzruszyli ramionami. Byli i tacy, którzy dopiero od tego albumu zaczęli nastawiać ucho na propozycje Kanadyjczyków.
Podstawowe różnice w stosunku do wcześniejszej twórczości? Są dwie – po pierwsze: jeszcze ciężej, jeszcze mroczniej i jeszcze bardziej pokomplikowanie. Ja wiem, oni grali to już od „Dimension Hatross”, ale tutaj starają się jeszcze bardziej – z różnym skutkiem – mieszać w swoim garze, określanym średnio szczęśliwie jako metal progresywny. Rytmiczne łamańce, zmiany tempa, nieoczywiste przejścia. I duży ładunek psychodelii – nie tylko w obu częściach „Catalepsy”, nie tylko w zwolnieniach i udziwnieniach brzmień – posłuchajmy również odgłosów w tle, nakładek i dalszych planów. Trochę kojarzy się z tym, co kilka lat później zaczął prezentować Tool. A jeszcze bardziej – z wyimaginowaną wizją King Crimson, któremu zachciało się grać metal. Chociaż może to skojarzenie to tylko wpływ zamieszczonej na zamknięcie albumu przeróbki utworu, który przed laty otwierał debiutancki album Roberta Frippa i spółki.
Po drugie – wokalista. Trochę to dziwne, ale właśnie przy odejściu do struktur bardziej wyrafinowanych Voivod zamienił śpiewaka na krzykacza. Niespecjalnie szczęśliwie, jak dla mnie. Ten dodatkowy ładunek agresji nie wyszedł chłopakom na zdrowie. Porównajmy choćby przeróbki klasyki. Wspomniany „Schizofrenik” wypada przy „Astronomy Domine” z „Nothingface” dużo mniej hmmm... szlachetnie.
Ogólnie – chcieli dobrze, ale trochę przedobrzyli, trochę za dużo tu sztuki dla sztuki. Fajnie jest, jak utwór trwa siedem minut i więcej, ale trzeba jeszcze mieć pomysł, przykuć nim słuchacza, a przy „Phobos” zmęczenie trochę zbyt często bierze górę. Niemniej całkiem dobra to płyta, nie ma co.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Mercury”. Niby zwarte, ale trochę zmian klimatów chowa.
2. Najgorszy moment: „M-Body”. Miło pana spotkać, panie Newsted, ale utworek taki nie za bardzo.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Nazwę wymyślił Michel Langevin, pod wpływem lektur Tolkiena i epigonów. A można by pomyśleć, że wziął ją od niemieckiego określenia na nasze województwo.
4. Skojarzenia muzyczne: Słuchamy „Bacterii”, docieramy do 04:51, a tam... „Trzy Bajki” Armii!
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Szturmu na Thangorodrim.
6. Ciekawostka: Fobos był w mitologii greckiej uosobieniem strachu. Czy nasza załoga bała się reakcji fanów na płytę?
7. Na dokładkę okładka: Jak zwykle futurystyczny niepokój.
 


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza