sobota, 16 czerwca 2012

28. Pippin: Live, Throwing Copper


Ocena: * * * * 1/4

Mitologizacja czasów własnej młodości jest zjawiskiem częstym i całkowicie zrozumiałym. Bo to, wiecie, cały świat należał do nas, dziewczyny były piękne, a trawa zielona. A jakie piosenki się wtedy grało! Właśnie, moje uwielbienie dla mainstreamowego rocka pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych ma pewnie nielichy związek z dorastaniem w owej magicznej epoce. Gdy miałem te naście lat zespół Live nie był jakimś moim wielkim muzycznym bohaterem, niemniej płyta „Throwing Copper” zdecydowanie cieszyła uszy. Zdawać by się mogło – doskonały materiał do przeanalizowania na chłodno po latach, gdy czas młodzieńczych emocji dawno minął.
I co? – pytacie. I nic z tego, dalej jest to świetna płyta, z kilkoma iście uzależniającymi piosenkami. Może otwierający album, dość tajemniczy i oniryczny „The Dam at Otter Creek” nie daje jeszcze o tym pojęcia, ale już następujące po nim singlowe hity „Selling the Drama” i „I alone” to nie tylko piękne świadectwo czasów, ale nadal świetne utwory. Melodyjne, pomysłowe, ostrzejsze niż radiowy poprock, którym nie zainteresuje się zbuntowany rockowy słuchacz (ale nie zapominajmy, co w owym czasie było hitem masowych publicznych rozgłośni radiowych i telewizyjnych – choćby Soundgarden, proszę Państwa, to były czasy). Nazywano zespół Live jakimś odpryskiem nurtu grunge – cóż, podobieństw do Pearl Jam się nie wyprą, ale bardziej słychać tu styl zwany przez Amerykanów college rockiem, z R.E.M. na czele, trochę też pobrzmiewają echa o rok starszego debiutu młodszych kolegów z Counting Crows, innej ówczesnej udanej amerykańskiej załogi. Właściwie nie ma tu słabego utworu, a Kowalczyk i spółka czujnie operują dynamiką – od wściekłego „Stage” i wykrzyczanego refrenu „Waitress” (tu nawet przeklinają, a fe!) przez utrzymany w średnim tempie „Top” aż po piękne melodie w balladach „Lightning crashes” i „Pillar of Davidson”. W tej ostatniej zresztą refren wyraźnie się rozkręca, a przeciągane sylaby, gdy Kowalczyk śpiewa „shepheeeerd won’t leave me alone” potrafią ścisnąć za gardło. Nie zabraknie i gitarowych popisów, jak w „Stage”, „T.B.D.” czy nieco rozkojarzonym „White, Discussion”.
Może i zespół Live był tylko udanym produktem, który trafił w swój czas, na chwilę zawojował listy przebojów i zestawienia bestsellerów płytowych. Ale wiecie, byliśmy młodzi, dziewczyny były piękne...

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „No, Sir” w „Top”? Refren „Pillar of Davidson”? Nie, niech będzie „heeeejijeeeej”, ultramelodyjny zaśpiew w refrenie „Selling the Drama”.
2. Najgorszy moment: Najgorsze jest to, że niedługo minie już dwadzieścia lat odkąd na okrągło słuchałem tej płyty.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Iris – wiadomo. Grecka bogini tęczy.
4. Skojarzenia muzyczne: R.E.M. i terytoria pokrewne.  
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Lato 1994. Brazylia wygrała Mundial, jagody pod szczytem Wielkiej Kopy obrodziły, a w Trutnovie kupiliśmy z Tatą rower.
6. Ciekawostka: Otter Creek dało również nazwę lokalnemu browarowi, producentowi na ten przykład piw: Middleberry Ale (2005-2006), A Winter's Ale czy Mud Bock.
7. Na dokładkę okładka: „Sisters of Mercy”, obraz Petera Howsona. Grupka osób o krok nad przepaścią. Płyta jednak aż tak desperacka nie jest.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza