czwartek, 29 marca 2012

23. Azbest: The Mars Volta "Noctourniquet"

The Mars Volta - Noctourniquet
Ocena: * * * *


Nie mogę powiedzieć by wiadomość o nowej płycie The Mars Volta jakoś mną poruszyła. Ujawnienie kulisów jej powstania tym bardziej stępiło moje zainteresowanie.
Dla wtajemniczonych w temat jeszcze słabiej niż ja: materiał na "Noctourniquet" nagrano jeszcze w 2009 roku, niedługo po „Octahedron „ . A ukazał się ~3 lata później gdyż Cedric Bixler-Zavala potrzebował więcej czasu na dopieszczenie tekstów. Przyznacie – pyszna perspektywa.
Odrzuty z nudnej, wymemłanej płyty marynujące się przez trzy lata w wydzielinie z chorobliwie rozrośniętego ego wokalisty. Szał! Pozory na szczęście mylą i oberwałem po gębie udanym produktem.
Nowa płyta jest przynajmniej o klasę lepsza od poprzedniczki. Jest dynamiczniejsza, cięższa, bardziej zwarta, i o znacznie ciekawszych kompozycjach. Już otwierający płytę „The Whip Hand” przepięknie kopie między kieszenie i kończy się... przed upływem pięciu minut.
I tendencja ta utrzymuje się przez resztę płyty – średnia długość utworu to 4 minuty i 58 sekund. I żeby nie było wątpliwości - nie jest to kwestia wpływu elementów odstających – mediana długości trwania utworu dla "Noctourniquet" wynosi 4 minuty i 44 sekundy. W porównaniu ze starszymi wydawnictwami zespołu nastąpiła w tym względzie znacząca zmiana. Poprzednie płyty wypełnione były kompozycjami których zarówno średni czas trwania jak i mediana bezlitośnie lokowały się po tej bardziej monumentalnej stronie sześciu minut. Oczywistym wyjątkiem jest „Frances the Mute”. Na niej utwory mają już tak bizantyjską formę, że podbijają obie te wartości w okolice trzynastu minut.
Również i długość całej płyty jest przykładem umiaru w wykonaniu panów wielu imion – długość całości nieznacznie wykracza ponad godzinę. Zazwyczaj dobrnięcie do finału zajmowało im z pięć kwadransów. Długość uwtorów sprawia, ze materiał jest łatwiejszy do strawienia przez odbiorcę. Mimo to najnowsza produkcja The Mars Volta i tak sprawia wrażenie nazbyt rozciągniętej. Zdecydowanie powinni zakończyć ja na „Imago”, a w najgorszym razie „Molochwalker”. Kolejne trzy utwory to już dość pośledniej jakości materiał. Nie na tyle jednak by doszczętnie zepsuć odbiór całości. Raczej lekki niesmak, zabity kończącym płytę udanym „Zed and Two Naughts”.
A jeśli chodzi o ramy stylistyczne to nie zaskoczyli wciąż prog-rock w ich okrytym złą sława stylu. Jeśli ktoś ich już słyszał to zna ich muzykę jak zły szeląg. Tu też nie zaskakują/nie sprawiają zawodu. Mamy gęstwę dźwięków, wyczynowe kawałki, polirytmie, solówy i ogólnie Display of Power. Bogu dzięki nie Vulgar.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Aegis”.
2. Najgorszy moment: tytułowy „Noctourniquet”.
3. Analogia z innymi element kultury: Ponoć inspiracją do teksów była dziecięca wyliczanka i mit o Hiacyncie.
4. Skojarzenia muzyczne: Współczesny rock progresywny. Nie mylić przypadkiem z neo-progiem.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Podpasuje pod jakiś cyberpunk.
6. Ciekawostka: Nie tylko czas trwanie utworów uległ redukcji. Dotknęło to również składu zespołu. I tu rodzi się pytanie: przypadek to jeno czy celowe dążenie do zagęszczenia muzyki zespołu?.
7. Na dokładkę okładka: na jednym obrazku więcej psychodelii niż na całej płycie razem wziętej.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza