czwartek, 30 czerwca 2011

05. Pippin: Jakszyk, Fripp & Collins - "A Scarcity of Miracles"


Ocena: **1/2

Ciężkie jest życie fana King Crimson. Nie wiesz, czy Twój ulubiony zespół właściwie istnieje, czy nie. Niby nagrywa, ale nie nagrywa. Ilością bootlegów konkuruje z Pearl Jam, członkowie zespołu spotykają się i rozstają w dziesiątkach różnych konfiguracji oraz w tychże dziesiątkach różnych konfiguracji i projektów nagrywają płyty na boku. Jak się w tym odnaleźć? Jak odróżnić, których płyt i wcieleń warto posłuchać, żeby nie było zbyt awangardowo, zbyt plastikowo albo na ten przykład po prostu nudno?
No właśnie. A tu akurat pojawiła się płyta, która niesie nadzieję na solidną ucztę. Bo to, proszę państwa, Fripp i Collins (nie Phil, rzecz jasna) znowu razem, a do tego jeszcze niewymieniony w nazwie projektu Tony Levin. Zapowiada się nieźle - a jak jest?
Tytuł jest proroczy - cudów na albumie nie znajdziemy. Znajdziemy za to sześć utworów długości od czterech i pół do dziewięciu minut, w większości balladowych. Tylko druga część "The other man" jest wyraźnie szybsza i, co zrozumiałe, przykuwa uwagę. Jest to też jedyny fragment płyty, w którym Fripp popisuje się swoją gitarową techniką i pomysłami, bo poza nim gra te swoje ozdobniki i ładne dźwięki, ale magii nie ma w tym wiele. Bo ja nie mam nic przeciwko płycie z balladami, ale mam sporo przeciwko, gdy te ballady są nudne i zlewają się jedna w drugą, w ogóle nie zostając w pamięci. A gwoździem do trumny jest wokal Jakszyka. On nie jest zły. On jest po prostu bezbarwny, nudny i nijaki. I takież są proponowane przez niego melodie. Nad płytą autentycznie złą można się pastwić ze swoistą radością lub bólem. Ale co zrobić, gdy płyta pozostawia człowieka zupełnie obojętnym? Gdy utwór płynie za utworem, a ty ich nie zauważasz? Gdy generalnie ładnie ci toto gra gdzieś w tle (zwłaszcza Collins bardzo przyjemnie dmucha), ale nic więcej? Tak właśnie mam z najnowszym dziełem Frippa. Może gdyby zaśpiewał kto inny, może gdyby bardziej urozmaicić kompozycje, może gdyby to wszystko nie było takie gładkie? A tak - męczarni nie ma, powiedziałbym, że płyta jest dobra do dwukrotnego przesłuchania i zapomnienia, gdyby to nie był Fripp. Ja wiem, Fripp też ma prawo do chwili relaksu, ale egoistyczny fan ma takież prawo się krzywić. Nadzieja w tym, że kolejny projekt w kolejnej konfiguracji przyniesie więcej radości. I chociaż jeden, choćby i połowiczny, cud, których tutaj zaiste brak.

1. Najlepszy moment: Przyspieszenie w "The other man". Yeah, coś się dzieje!
2. Najgorszy moment: Wejście wokalne Jakszyka. Prawie każde.
3. Analogia z innymi elementami kultury: A nie miałem siły szukać.
4. Skojarzenia muzyczne: W sumie chyba bardziej jakiś spokojny
piosenkowy Yes, niż King Crimson.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: drzemki poobiedniej.
6. Ciekawostka: Kolega Jakszyk był niegdyś członkiem zespołu Level 42.
Pamiętacie "Lessons In love" albo "Running In the family"?
7. Na dokładkę okładka: Stylistyka późnego King Crimson jest wyraźna.
Złośliwość podpowiada, że ci młodzi ludzie niosą dary ofiarne twórcom
płyty, żeby już może dali spokój.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza