piątek, 31 maja 2013

54. Pippin: My Chemical Romance, The Black Parade


Ocena: * * * 1/4


Każda epoka ma swoją rewolucję – uczył Maciej Maleńczuk. I tak na przykład media, nie tylko światowe, bo i nasz „Teraz Rock” ma na tym polu ogromne zasługi, twierdzą, że w roku 2006 ukazała się płyta będąca rewolucją i objawieniem dla młodego pokolenia rockmanów/punkowców/emo czy jakkolwiek ich tam jeszcze nazwać. Promocji zatem i szumu medialnego albumowi My Chemical Romance odmówić nie można – ale co siedzi tam w środku?
Ale wyjdźmy znów od mediów. Zdumiewa reklamowanie „The Black Parade” jako dzieła na miarę „The Wall”, z elementami stylu Queen. I to zdumiewa podwójnie. Raz, że „The Wall” ze świecą tu szukać, a wstawki Queenopodobne są, jak na moje ucho, wzięte raczej z Muse. Dwa, że prawdziwe powinno być inne porównanie – do starszego o kilka lat „American Idiot” Green Day. Bo, może nieświadomie (choć to bardzo dobrotliwe założenie), ale to właśnie album Armstronga i spółki wydaje się być tu punktem odniesienia – tak jeśli chodzi o ogólny pomysł (choć ideę stworzenia concept albumu należy pochwalić, sama z siebie wszak nic złego nie niesie), jak i masę rozwiązań muzycznych. Nie ma plagiatu, ale jest wrażenie tego samego ducha i nastroju w zmianach tempa, przejściach po kilku tematach muzycznych w obrębie jednego utworu, zresztą czy takiego „Dead!” nie mógłby nagrać Green Day albo nawet Offspring? Ta sama energia i podobna stylistyka. My Chemical Romance przegrywają też wokalem i melodiami. Gerard Way zdecydowanie zbyt często przechodzi ze śpiewu (barwa głosu pokrewna zresztą wspomnianemu Muse) w płaczliwe zawodzenie, które tłumaczy, dlaczego grupę uważa się za jednego ze sztandarowych bohaterów nurtu emo. Ta maniera oraz przesadne ataki gitar psują ciekawe melodie, jakich dostarczają choćby „Welcome to the Black Parade” i „I don’t love You” (prawdę mówiąc, to głównie te dwie ich dostarczają).
Czyli co? Dobra reklama wszystko sprzeda i sprawi, że ludzie uwierzą, że przeciętna płyta jest arcydziełem? Aż taki surowy bym nie był, bo widać, że kilka dobrych pomysłów i jakiś potencjał jest, ale znajdujemy się lata świetlne nie tylko od „The Wall”, ale i od „American Idiot”, które przecież też jest zaledwie dobre.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Pierwsza połowa „Welcome to the Black Parade”.
2. Najgorszy moment: Nie trzeba wyczekiwać, aż ta przydługa cisza minie i pojawi się ukryty „Blood”.
3. Analogia z innymi elementami kultury: W „Mama” pojawia się Academy Award Winner Liza Minnelli.
4. Skojarzenia muzyczne: Green Day i Muse.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Abstrahując od tekstów, muzyka, ze swymi jakościowymi i szybkościowymi wzlotami i upadkami pasuje do opisu zwykłego dnia z życia piętnastolatka.
6. Ciekawostka: Producent płyty, Rob Cavallo, produkował również wszystkie płyty Green Day. Może więc odnoszę jednych do drugich niepotrzebnie, a całe podobieństwo jest tylko pozorne?
7. Na dokładkę okładka: Dwie wersje kolorystyczne – czarna i biała. Lubię takie akcje.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza