piątek, 31 maja 2013

54. pilot kameleon: My Chemical Romance, The Black Parade


Epoka, profesorze, epoka! Nie zna pan spółczesnego pokolenia. Głębokie przemiany. Wielka rewolucja obyczajowa, ten wiatr, który burzy, podziemne wstrząsy, a my na nich. Epoka! Wszystko trzeba przebudować od nowa!

Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Kraków 1998, s. 110.


Ocena: *1/5

Włączasz płytę. Słuchasz. Próbujesz słuchać. I nie wiesz. Nie rozumiesz. Boisz się i wstydzisz jednocześnie. Żeby tylko nikt nie przyszedł, bo jak się wytłumaczysz? Nie masz przecież trzynastu lat. A tekstu jak nie było tak nie ma.
Jaka obecnie jest kondycja współczesnej mainstreamowej muzyki rockowej? Przykład zespołu My Chemical Romance pokazuje, że tragiczna. Oficjalny nurt propagowany przez polską prasę muzyczną, internety, a swego czasu i telewizje muzyczne jest jednak bardziej radosny, gdyż ustawia ten zespół jako jeden z jaśniejszych punktów współczesnej muzyki rockowej. Na świecie też się to sprzedaje. Ludzie na koncerty chodzą i znikąd się nie wzięło, więc dotyczy to nie tylko naszego poletka. Niegrzeczni, wytatułowani chłopcy z kolorowymi czuprynami w swój image chłoną wszystko co nieuporządkowane. I fajnie, przecież to norma. Mniej fajnie jest podczas kontaktu z muzyką.
Pierwsze uderzenie. Wstęp niczym z The Wall Pink Floydów. Jest tak podobnie, żem pomyślał, iż to cytat. Potem wskakuje mocno podbite poppunkowe granie w stylu późniejszego Green Day (American Idiot). Do tego dochodzą fragmenty wyraźnie inspirowane zespołem Queen. I tak przez całą nieszczęśliwą płytę. Do tego wściekły wokal, agresywne nawalanie w gitary, gdzie trzeba podbicie patosem, zgrabne przejścia pomiędzy utworami. Przebojowości wielkiej też w tym nie ma, kompozycje nie zostają w pamięci. Okazuje się, że pierwsze uderzenie jest jedynym. I nie jest uderzeniem, tylko jakimś mało woniejącym pierdem. I co z tym fantem zrobić? Ignorować chyba. Ocena wydaje się zatem oczywista. A 1/5 punktu dorzucam za to, że w marcu tego roku się rozpadli.
Nie jestem w stanie uwierzyć w to, że ktokolwiek, kto poważnie interesuje się muzyką rockową może docenić taką muzykę. Nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji, kiedy ten album może być porównywany do klasyki sprzed dwóch, trzech dekad. A co jeśli zaczynasz swoją przygodę od takiej muzyki? Wiadomo, każdy kiedyś zaczynał. Cóż, trzeba mieć wtedy mądrzejszych kolegów, którzy będą potrafili pokazać coś więcej. I to chyba taka rada na całe życie.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: 1. W ostatnim okresie mojego życia nie odnotowałem takich. Podczas odsłuchu tej płyty tym bardziej. 2. Refleksja na temat tego, co dziś (?!) popularne.
2. Najgorszy moment: Jedna z najgorszych propozycji omawianych na tym blogu.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Muzyka rockowa, nie? Tak obecnie wygląda muzyka rockowa!
4. Skojarzenia muzyczne: Świat to za mało.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Najlepiej słuchać z ustawieniem pokrętła głośności na poziomie 0 (słownie: zero). Rozkosz.
6. Ciekawostka: Zdarzają mi się dni, kiedy z radością przekopuję się przez rekomendowane tu i ówdzie płyty. Najczęściej jednak nie muszę o tym pisać. I to mi wystarcza.
7. Na dokładkę okładka: Mogli to wydać tylko w wersji cyfrowej. Bez okładki. Szkoda papieru, szkoda plastiku, szkoda czasu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza