czwartek, 28 lutego 2013

46. Pippin: Nick Cave & The Bad Seeds, Push The Sky Away




Ocena: * * *



Szanowny Panie Nicku,
Znamy się ze dwadzieścia lat i dobrze Pan wie, że jest Pan od bardzo dawna jednym z moich ulubionych artystów. Z tych, co to człowiek tęsknie wygląda każdej nowej płyty, a gdy już jest, przesłuchuje wnikliwie i wielokrotnie. Ale nie jest Pan artystą, którego łykam bezgranicznie i bezkrytycznie – gdy coś mi się nie podoba, jestem szczery do bólu. A właśnie Pańska nowa płyta przyniosła mi spore rozczarowanie.
Spokojnie, nie jest jakaś bardzo zła, ale wie Pan – poprzeczka wisi niezmiernie wysoko. Sam Pan rozumie – gdyby polscy piłkarze zajęli piąte miejsce na Euro, skakałbym z radości, ale piąte miejsce Kowalczyk na mistrzostwach świata to jednak nie za fajnie. I z Panem jest podobnie. I nie chodzi o to, że do braku Blixy dołączył brak Harveya – nie, Warren Ellis sprawdza się bardzo dobrze, minimalistyczno-tajemniczo-niepokojący klimat płyty jako całości należy zdecydowanie pochwalić. Bo nie chodzi też i o to, że płyta spokojna i że chórki – gdzie tam, z jednej strony rozumiem, że na dwóch Grindermanach i Lazarusie trochę się Pan wyszalał i chwila odpoczynku to coś jak najbardziej zdrowego, a z drugiej strony sam Pan wie, że „The Good Son” i „The Boatman’s Call” są w czołówce moich ulubionych Pańskich albumów. Problem jest w tym, że pod nieobecność Micka wykreował Pan wraz z Panem Ellisem klimatyczny nastrój... i na tym koniec. Samym nastrojem dobrej płyty się nie zbuduje. Trzeba jeszcze ciekawych kompozycji, pięknych i przeszywających melodii. A Pan zaproponował utwory zbyt podobne do siebie, w których niewiele się dzieje, a dobrych fragmentów przynoszą mniej, niż słabych.
Melodie, pyta Pan? Owszem, bardzo ładne są dwie – refren „Mermaids” i wiadomy fragment „Finishing Jubilee Street”. A oprócz nich taka nudnawa melodeklamacja, a jeśli już najdzie Pana na śpiew, to wychodzi niestety dość prosto i banalnie (refren „We No Who U R”). Smyczki i inne ozdobniki w tle? Czarują w „Jubilee Street”, ale męczą chaosem i atonalnością w „Water’s Edge”. Teksty? Nie jest źle, Pan poniżej poziomu nie schodzi, ale kwiatki typu „A girl’s got to make ends meet, even on Jubilee Street” też się trafią. Oddać muszę sprawiedliwość „Jubilee Street”, bo to i tak najlepszy utwór na płycie. Wprawdzie zapracowuje on na to miano dopiero w drugiej połowie, gdy zaczyna przyspieszać i narastać, ale nie zamierzam narzekać. „Higgs Boson Blues” zbudowany jest na podobnym patencie, ale wypada nieco bladziej – taka trochę kopia „O’Malley’s Bar”, tylko opowieść mniej krwawa i dużo bardziej oniryczna.
Szanowny Panie Nicku, mimo wszystko nadal jest Pan jednym z moich ulubionych artystów – i mam nadzieję, że kolejne płyty nie wyślą tej deklaracji w czas przeszły.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Warren Ellis w ogóle, druga połowa „Jubilee Street” w szczególe.
2. Najgorszy moment: Nick Cave niestety. A właściwie jego śpiew i melodie. W ogóle. A „We Real Cool” w szczególe.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Bozon Higgsa, Wikipedia, Robert Johnson, Hannah Montana i Mylie Cyrus w jednym.
4. Skojarzenia muzyczne: Nadal niezmiennie Nick Cave, nie do pomylenia.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: „I’m driving my car down to Geneva” – śpiewa Nick w „Higgs Boson Blues”. A ja ostrzegam – nie róbcie tego przy dźwiękach tej płyty!
6. Ciekawostka: Gdy w okresie liceum kupiłem nowiutką kasetę „Murder Ballads” (1996), w środku nie było tekstów piosenek, była za to adnotacja, że kto chce teksty, ma napisać list z prośbą do wytwórni Mute. Napisałem. Wysłali.
7. Na dokładkę okładka: Wprawdzie Yoko nie paradowała wówczas nago, ale nie mogę się uwolnić od skojarzenia z teledyskiem do „Imagine”.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza