sobota, 16 lutego 2013

45. Pippin: Deuter, 3 maja 1987 koncert / rozruchy




Ocena: * * * 1/2

Gdzieś tak na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku byłem punkiem. Nie z wyglądu wprawdzie, ani nawet nie z wyznawanej ideologii – ale polskiej muzyki punkowej słuchałem na okrągło. Zasługa to kolegów z podwórka – byli kilka lat starsi i większość z nich w Jarocińskich klimatach siedziała, a ja skrzętnie chłonąłem od nich kasety, nierzadko będące którąś tam kopią nagranego z uniesionego nad głową Grundiga czy Kasprzaka koncertu. W tym miejscu chciałem serdecznie pozdrowić kolegów Bogusia i Andrzeja.
Zatem słuchałem tego polskiego punka, który nie tylko pod względem socjologicznym, ale i muzycznym był tworem bardzo ciekawym. Dlatego mianowicie, iż, poza nielicznymi protoplastami, narodził się dobre kilka lat po brytyjskiej punkowej rewolucji i, nie mając własnej punkowej prehistorii, zdążył w międzyczasie łyknąć kilka innych atrakcyjnych naleciałości – czy to psychodelię, czy to nową falę, czy też funk, o którym poniżej. Słowem – różnił się ów polski punk od grania spod znaku Exploited i niejeden twardy załogant spod znaku ’77 mógłby go pewnie minąć bez specjalnej uwagi.
Ciekawa rzecz, że Deuter nie cieszył się na naszym podwórku specjalnym wzięciem. Diabli wiedzą, dlaczego, przecież przedstawicielem nurtu był niemal modelowym. Może to przez nieco zbyt chłopięcy śpiew Kelnera, może przesadne inklinacje funkowe (gdybanie dość karkołomne – kto z nas wtedy wiedział, co to jest funk?), dość powiedzieć, że Deuter w naszych magnetofonach (mój to Emilia RM 407 Automat) gościł raczej rzadko.
Koncert, którym się zajmujemy, to wydane po latach archiwalia. Słucha się go nadspodziewanie dobrze, produkcja i jakość dźwięku jest, jak na podobne wydawnictwa, wręcz sterylna, a publiczności niemal nie słychać. Utwory tu zamieszczone dają całkiem dobre pojęcie o ówczesnym wcieleniu Deutera – jeszcze bez Sadowskiego na gitarze, ale już z Falkowskim i Kaczorowskim (niedługo wszyscy trzej grać będą w Houku). Niby punk, ale nie ortodoksyjny – kilka instrumentalnych improwizacji (w „Ja Kosmita – nie rozumiem” chyba każdy ma chwilę dla siebie), solówki gitarowe, niemała rola instrumentów klawiszowych, sposób gry gitary iście funkowy. W ogóle funk to pierwsze muzyczne skojarzenie przy tej płycie. Co dalej? Kelner bardziej podśpiewuje, niż śpiewa (nie czepiam się – taki jego styl), a teksty, które przekazuje są też charakterystyczne dla swojego czasu – krytyczne obserwacje społeczne, potępienie zakłamania, zawoalowane przytyki w stronę komunistycznej władzy. Szkoda tylko, że na śpiewaniu Kelnera się nie kończy. Chórki, czy to śpiewane przez jakąś babę, czy gościa dysponującego falsetem, są naprawdę ciężkie do przyswojenia.
Nie bez znaczenia jest też koncert historyczny. Nie od parady w tytule albumu widnieje data i dopisek „rozruchy”. 3.05.1987 miały miejsce w Krakowie pacyfikacje demonstrujących w rocznicę uchwalenia konstytucji, a procesy po nich ciągnęły się latami. Warszawa też daleka była od spokoju. Nastrój ten przemycił Deuter i na sam koncert – w „Jak długo będą gadać bzdury” mamy małą pogadankę Kelnera na temat sytuacji na ulicach. Z kolei w otwierającym płytę „Takim długim czasie” słyszymy „A na Wilsona ludzi pałują”. Ciekawa rzecz, że jest to fonetycznie wymówione „Wilsona”. Bo na przykład w Poznaniu jest jednak Park Łilsona.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Fakt, że ta płyta w ogóle się ukazała. Lubimy wykopaliska.
2. Najgorszy moment: Chórki. Koszmar.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Jarocin, strajki, ZOMO.
4. Skojarzenia muzyczne: Punk przez duże F.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wspominek punkowej młodości.
6. Ciekawostka: Tak jak Leon Niemczyk grał w prawie każdym polskim filmie, tak Robert Brylewski maczał łapy w prawie każdym ważniejszym polskim zespole punkowym. Tutaj jest realizatorem dźwięku.
7. Na dokładkę okładka: Trochę zahacza o groteskę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza