niedziela, 15 lipca 2012

30. Pippin: Dead Can Dance, Anastasis


Ocena: * * * 1/2

Mało jest wykonawców, otoczonych w Polsce większym kultem, niż Dead Can Dance; zespołów, mających nie fanów, a wyznawców – może The Cure, może Pink Floyd, a może nawet oni nie. Sam nigdy się do nich właściwie nie zaliczałem, niemniej nie zamierzam ukrywać, że ciężko było obok muzyki duetu przejść obojętnie. Brendan Perry i Lisa Gerrard, za pomocą instrumentów, które ciężko nawet nazwać, nawiązań do muzycznych kultur różnych części świata i natchnionych partii wokalnych wytwarzali iście niesamowity nastrój i na swym obszarze muzycznym nie tyle nie mieli sobie równych, co właściwie nie mieli z kim się mierzyć.
Od 1996 pisaliśmy o Dead Can Dance (ściślej – o ich studyjnej działalności) w czasie przeszłym i coraz mniej było takich, którzy wierzyli, że Brendan i Lisa powrócą do studia. Ale stało się. Krok tyleż wyczekiwany z utęsknieniem, co ryzykowny. Bo jak po latach nawiązać do własnej legendy? Jak nie rozczarować wiernych słuchaczy?
Wierni słuchacze rozczarowani nie będą, bo o porażce nie ma mowy. Dead Can Dance to uznana firma i, jak się okazuje, chały nie wypuści. Elementy ich stylu są dobrze rozpoznawalne i zespół jest im wierny – nastrojowe pejzaże, klawiszowe tła, masa egzotycznych instrumentów, linie wokalne podzielone między dwójkę muzyków – Brendan ze swoim charakterystycznym głosem, gdzieś pomiędzy Morrisonem a bohaterami zimnej i nowej fali (wyróżnia się naprawdę świetne „Children of the Sun”, otwierające album), Lisa, której głos jest jakby kolejnym instrumentem, zabierająca nas swymi wokalizami głównie w rejony wschodnie, czy to na Wschód bliższy („Agape”), czy dalszy („Kiko”). Fani mają prawo być zachwyceni, bo dostają to, co dobrze znają i na co czekali. A że trochę brakuje w tym dawnych emocji i barw, że można odnieść wrażenie raczej bezpiecznego i płytkiego powrotu do sprawdzonych rozwiązań, wizyty u starych znajomych, niż odkrywania nowych, fascynujących terenów? Cóż, wrócę do wspomnianych na początku The Cure – „Disintegration” też jest niby tylko echem i odbiciem „Pornography”, a jednak fani kochają, a dziennikarze w rankingach przyznają wysokie oceny.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Children of the Sun”.
2. Najgorszy moment: Narażę się fanom, ale nigdy nie byłem specjalnym entuzjastą śpiewu Lisy Gerrard. Jasne, doceniam, ale w większych dawkach może nużyć.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Utwór numer sześć nosi tytuł „Opium”, he he he.
4. Skojarzenia muzyczne: Ten zespół zawsze był jednym wielkim skojarzeniem muzycznym. Weźmij i zbadaj muzykę dowolnego ludu lub plemienia, w dowolnej części świata, a odkryjesz, że Lisa i Brendan byli tam przed tobą.  
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Podróży dookoła świata. Ale takiej własnoręcznej, po obrzeżach cywilizacji, a nie po oklepanych zabytkach z biurem podróży.
6. Ciekawostka: Poszukuję informacji, czy odbywały się w Polsce koncerty pojedynczych wykonawców, gdzie bilety były droższe, niż na koncerty Dead Can Dance.
7. Na dokładkę okładka: Umarłe słoneczniki? Ma to swój sens – dla mnie na polu muzycznym nasi bohaterowie stosują taktykę spalonej ziemi. Nikt raczej nie śmie zapuszczać się na tereny, po których oni przeszli, bo tam nie ma już właściwie co zbierać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza