niedziela, 1 kwietnia 2012

24. Azbest: Dodo Resurrection "Nostradamus"


* * * *

Stykając się z mało znanymi, a chwalonymi płytami przekonujemy się, że najczęściej nie można wierzyć famie (to blagier!). Zazwyczaj różnego rodzaju „zaginione” perełki okazują się mocno przereklamowane. W przypadku debiutu Dodo Resurrection zagrożenie tym większe, że spotyka się z entuzjastycznymi opiniami, a sama płyta to prawdziwy unikat. Został wydany przez zespół samodzielnie w 1972 roku w jakimś mikroskopijnym nakładzie. W dodatku większość którego przepadła, ponoć zniszczona przez samych muzyków. Jeśli nie byli z płyty zadowoleni to poniósł ich perfekcjonizm.
„Nostradamus” oferuje słuchaczowi solidna dawkę surowo brzmiącego i podniosłego rocka progresywnego z czasów nim jeszcze stał się swoja własną parodią. Zaskakująco dobrą zważywszy status płyty. Muzykę napędzają (i zarazem dominują) duet Hammond i gitara. Szczególnie ciekawe jest brzmienie tej drugiej. Połączenie ciężaru z delikatnymi ale wyczuwalnymi wpływami bluesa nie może nie skojarzyć się z Black Sabbath. Chyba też po nich odziedziczyli mroczną atmosferę swojej muzyki. Z kolei dysonansowo pobrzmiewające riffy i podniosłość muzyki przywodzą na myśl King Crimson. Z ekipą Frippa łączą ich również zamiłowania do gwałtownych zmiany charakteru utworów.
Szorstka, a wręcz niedopracowana produkcja płyty oraz specyficznie brzmiące partie wokalne zdecydowanie nie są atutami tej płyty. Mimo to nie psuja specjalnie odbioru gdyż na swój dziwaczny sposób pasują do pozostałych elementów. Trochę inaczej jest z solówkami – w paru miejscach muzyków ponosi i ich partiom brakuje umiaru. Może to gryźć w uszy.
Wspomniałem już o tym, że muzyka grupy była dużo mroczniejsza niż to wówczas było w modzie. Dodatkowo sporo tu przeróżnych okultystycznych nawiązań tak w tekstach jak i na okładce. Tyle tylko, że ta otoczka jest bardzo powierzchowna - panowie przywołują postać tytułowego Cagliostra (raczej szarlatana niż maga) czy Bulwer-Lyttona (powoływało się na niego wiele ezoterycznych stowarzyszeń, ale on sam się od nich odżegnywał). No i to nieszczęsne dodo – pojawia się w nazwie grupy, tytule jednego z utworów a nawet w oprawie graficznej. Jak tę płytę traktować śmiertelnie poważnie? Całość sprawia wrażenie wygłupu niż jakiegoś poważnego projektu. Ale o grupie wiadomo tyle co kot napłakał więc...
I jeszcze luźne skojarzenie - pewne elementy brzmienia (manieryczne wokale, zafascynowanie okultyzmem i mało dopieszczone brzmienie) budzą skojarzenia z Current 93. David Tibet lubuje się w przeróżnych podziemnych ciekawostkach – może miał też okazje poznać Dodo Resurrection?
„Nostradamus” nie jest z całą pewnością jakimś zaginione arcydziełem jak chcieliby niektórzy, ale rzadkość tej płyty nie jest jej jedynym atutem. Interesujące wydawnictwo które ma jakieś swoje minusy, chodzi jednak o ty by minusy te nie przesłoniły plusów. Lepszy materiał niż niejeden „klasyk” z epoki.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Letters of Cagliostro”
2. Najgorszy moment: „Rig Dodo Blues” - bluesior bez pomysłu czy polotu.
3. Analogia z innymi element kultury: jako się rzekło Edward Bulwer-Lytton.
4. Skojarzenia muzyczne: Nienachalnie wspomniane już Black Sabbath i King Crimson.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: spacer w mglisto-jesienny wieczór.
6. Ciekawostka: Hrabia Alessandro di Cagliostro czy może raczej Giuseppe Balsamo często był inspiracja dla muzyków - ma nawet w „CV” kilka oper.
7. Na dokładkę okładka: prekursorzy black metalu również pod względem oprawy graficznej – jumali stare ryciny ze dwadzieścia lat wcześniej nim stało się to modne.

1 komentarz: