sobota, 14 marca 2015

91. Basik: Van Der Graaf Generator, "H to He Who am The Only One"

Van der Graaf Generator - H to He Who Am the Only One 

Ocena: * * * 3/4

„- Van Der Graaf Generator? To ten prog z saksofonem?”

 Nigdy nie zdobyli masowej popularności jak prawdziwe grube ryby rocka progresywnego. W towarzystwie ludzi obwąchanych z brytyjskim progiem nie przyznajcie się jednak, że nie znacie. Wystawicie się na srogą śmieszność, a to środowisko przecież nie wybacza. Vdgg może nie wypuściła super-przebojów jak Pink Floyd czy Genesis w sam raz na listę Marka Niedźwieckiego, ale ich materiał nie ustępuje zespołom, których słuchał twój dziadek. Band Petera Hammilla utrzymując się poza muzycznym mainstreamem wypracował prawdziwy i oryginalny styl. I nie chodzi tylko o saksofon.
Na trzecim albumie „H to He Who am The Only One” charakterystyczna sylwetka VDGG zarysowuje się wyraźnie. Peter Hammill zdecydowanie nie trafi do wszystkich. Histeryczny głos, hiper-ekspresyjna interpretacja (niczym jakiejś potępionej postaci z literatury E.A.Poe) stanowi o niezwykłej oryginalności artysty, ale jest bronią obosieczną. Słuchaj lub umrzyj. Przeżywaj razem z nim albo ziewaj. Tego gościa bierze się w całości. Ja biorę. Na „H to He” nie wychodzi jeszcze na wyżyny patosu i egzaltacji ale kierunek jest właściwy. Utwory - jak to w tradycji genre’u wielowątkowe i rozpasane - pokrywa gruba kołdra mroku. Atmosfera jak ze stronic romantycznych powieści grozy przeplata się z mitologicznym patosem i fantastyczno-naukowym niepokojem podróży w nieznane.
Mordercze macki wyskakują na słuchacza już w otwierającym płytę „Killer”. Potężny, kroczący riff tonie powoli w podwodnej otchłani. Bardziej radiowy „House With No Door” przebojem jednak nigdy został, jest natomiast jedyną konwencjonalną piosenką na albumie. Dalej robi się już epicko. Rozbudowane utwory mają tu swoją wewnętrzną logikę i cechuje je umiar mimo dużej objętości. Najlepszym przykładem jest opowieść „The Emperor in His War Room”, która bardzo zgrabnie zamyka się w dziewięciu minutach. Najbardziej charakterystycznym fragmentem jeszcze dłuższego „Lost” jest klezmerska partia saksofonu. Najlepsze jednak na końcu. Pełna kontrastów, dynamiczna epopeja S-F „Pioneers Over c”, którą kończy niski pomruk syntezatora.
Z dorobku VDGG cenię sobie bardziej późniejsze „Godbluff” i niektóre solowe płyty Hammilla, za eksperymentalny kierunek. „H to He Who am The Only One” uważam mimo to za wzorowy, choć może trochę zbyt grzeczny materiał zespołu. Najciekawsze ma dopiero nadejść.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: „Killer”, „Emperor in His War Room", “Pioneers Over c”
2. Najgorszy moment: Okładka.
3. Analogia z innymi element kultury: Owo „c” „Pioneers Over c” to stała reprezentująca prędkość światła a historia dotyczy podróży kosmicznej i teorii względności.
4. Skojarzenia muzyczne: Genesis, Soft Machine, Zappa
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Marzy mi się film S-F lub horror ozdobiony muzyką VDGG
6. Ciekawostka: W trakcie sesji nagraniowej dał szusa basista. Z tymi chujkami nigdy nie wiadomo. Co ciekawe, najbardziej srogą i zwyrodniałą partię basu na tym albumie nagrał pianista Hugh Banton.
7. Na dokładkę okładka: Oprawa graficzna u PH standardowo obciachowa.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza