niedziela, 31 sierpnia 2014

80. pilot kameleon: Jesus Lizard, Down


****1/4

Chodzi po wodzie. Zostawia na niej piękne ślady. Finezyjny zwierzak, choć brzydal. Podobnie jest z zespołem. Bo z jednej strony srogo cisną w instrumenty, ale jest w tym naprawdę sporo powietrza, finezji i luzu. Łatwo w tej noise'owej stylistyce zatracić się w swojej zajebistości. Jesusowi nigdy się to nie zdarzyło, dlatego po szacunek wsze czasy ma zapewniony.
Wydany w 1994 roku "Down" w pewien sposób wieńczy klasyczny dorobek zespołu. W mojej głowie jest finałem trylogii, która rozpoczęła się na "Goat" i była kontynuowana na "Liar". Tutaj się dopełnia. Czym różną się te albumy? Na "Down" zespół okiełznał nieco brzmienie i fragmentami uspokoił kompozycje. Pomimo ciągłego szaleństwa jest tu nieco więcej spokoju. A reszta to nadal świetne, skondensowane kompozycje oparte na genialnej pracy bębniarza, basisty, gitarzysty i wokalisty. No dobra, tak można napisać o każdym zespole. Jednak zazwyczaj wszyscy ciągną w kierunku kondensacji soundu. Jesus robi to inaczej. W ich muzyce widać wspaniałe prześwity, genialne luzy, które sprawiają, że choć napierdalają równo, to jednak nie przytłaczają słuchacza ścianą dźwięku. Jest genialna przestrzeń, która niesie ich kawałki w nowy wymiar. Wiadomo, że w zwycięzkiej drużynie nie należy nikogo typować, ale nie mogę nie napisać kilku słów o Duane Denisonie. We wkładce wyraźnie stoi, na tej płycie DD "play guitar pretty good". Sama prawda. Koleś właściwie nie stosuje żadnych upiększaczy, zagęszczaczy, czy innych zbędnych w takiej muzyce efektów. Wszystko co wychodzi z jego palców wpada nam do ucha. Odkręcamy głośność we wzmaku na pozycję 11 i jedziemy. Denison to z pewnością znalazłby się na liście moich ulubionych wiosłowych. No ale wiadomo, że nic nie ruszy bez silnika, którym jest sekcja. Znów wzorzec. Piękne partie basu gruntowane bębnami. Zero zbędnych akrobacji i popisów. A wisienką na torcie są bełkoczące wokalizy Davida Yow. Krzyczy, mówi, wrzeszczy. A robi to tak, jak nikt inny na świecie.
Niby prosty ten noise, ale w sumie to wyróżnić się czymkolwiek niezwykle trudno. Kilku formacjom jednak się udało. A Jesus Lizard jest gdzieś w rejonach szczytu. A co? Może nie?

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Ten album tylko odrobinę ustępuje płytom "Goat" i "Liar". I to chyba tylko tym, że tamte wydawnictwa są wcześniejsze.
2. Najgorszy moment: Po tej płycie, choć nigdy wtop nie było, ciśnienie lekko w ich dorobku siada.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Pierwsza połowa lat 90. Amphetamine Reptile? Touch & Go? Wiele dobra tam powstawało.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Studiowania zależności dźwiękowych pomiędzy perkusją, basem, gitarą i głosem.
6. Ciekawostka: Dostałem kiedyś od kolesia cztery oryginały Jesus Lizard. A prócz tego jeszcze ze dwadzieścia innych płyt z tamtych okolic... Coś w stylu cudu.
7. Na dokładkę okładka: Pies odwrócony. Odwrócony pies.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza