sobota, 19 lipca 2014

78. Azbest: Black Flag "Live '84"

Black Flag - Live '84   Black Flag - Live '84
***3/4

Niczym Kserkses wyruszający do Europy, Aleksander Macedoński wkraczający do Babilonu czy Hannibal stojący u bram Rzymu, Black Flag w roku 1984 przeżywało swoją świetność. Ale czy pochodząca z epoki płyta koncertowa zatytułowana bezpretensjonalnie "Live '84" oddaje im sprawiedliwość i pozwala nam odczuć ich potęgę?
Gdy latem 1981 Henry Rollins zasilił szeregi Black Flag ci mieli już niezły dorobek i legendarny wręcz status. I choć wielu uznało to za początek końca, czas pokazał, że był to zaledwie koniec początku. Zespół okres swojej największej aktywności miał dopiero przed sobą. Niestety związani kontraktem przez kilka lat nie mogli wydać nowej płyty. A w zespole sporo się działo i odważnie eksperymentowali ze swoim dźwiękiem. Odeszli od hardcorowych wyścigów na rzecz wolniejszych i cięższych brzmień. Zapożyczali z metalu, ale też z... jazzu. I szerzyli swą muzykę z uporem świadków Jehowy i determinacją rewolucjonistów. Nie zawahali się nawet przed wyruszeniem w zimową trasę po Kanadzie w nieogrzewanym busie. Aż nadszedł rok 1984 - zagrali wówczas grubo ponad 150 koncertów i wydali 4 (!) płyty. A ponieważ jedna z nich to zapis koncertu(26.08.1984, San Francisco), możemy się przekonać jak brzmiała na żywo ta koncertowa maszyna.
Duży przebieg zaprocentował – graja bardzo pewnie. I nie podpierają się przy tym szlagierami – zaledwie 4 piosenki z epoki „Damaged”, a ponad połowa materiału nie ujrzała jeszcze światła dziennego w wersji studyjnej. Graja intensywnie i ciężko, a Rollins agresywnymi wrzaskami dopełnia całości. Tyle, że to już nie tradycyjny hardcore. Wciąż grają dość szybko, ale jest też dużo bardziej masywnego, gniotącego grania. I to w całkiem oryginalnym stylu. Sekcja gra rasowo choć ciekawie, ale nieszablonowość ich muzyki najlepiej słychać w partiach gitary. Często przestaje grać tradycyjne riffy by przejść w osobliwe, dziwaczne wręcz (na ten gatunek muzyki) solówki. Chwilami brzmi to jak hardcorowa wersja fusion. Ale nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że Greg Ginn (gitarzysta i lider zespołu) był starym fanem Grateful Dead, a najchętniej wówczas słuchał „Birds of Fire” Mahavishnu Orchestra. I nie dziwi, że ich ewolucja muzyczna dla jednych była objawieniem, by innym wydać się zdradą ideałów.
Zgasł blask Babilonu, przeminęli Nabuchodonozor, Dariusz i ów Cyrus Wielki. Siłą rzeczy i na Black Flag przyszła kolej - niemal dokładnie w dwa lata później zagrali swój ostatni koncert, by zaraz potem się rozpaść. Na szczęście pozostawili po sobie płyty, które są cenne nie tylko jako dokument. Ich muzyka dzisiaj może wydać się nieco archaiczna, ale nie straciła ciężaru i pasji. Solidne i energetyczne granie, wciąż robi wrażenie, nawet jeśli nie rzuca na kolana.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
„My War”, „Nothing Left Inside”, „Black Coffee”.
2. Najgorszy moment: umieszczenie „The Process of Weeding Out” na samym początku. I nigdy nie mogłem polubić „Rat Eyes”
3. Analogia z innymi element kultury: Henry Rollins opisał czas spędzony z Blag Flag w książce "Get in the Van". Jest również audiobook (choć skrócony) - polecam.
4. Skojarzenia muzyczne: Nie da się ukryć, że mieli spory wpływ na scenę grunge.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Koncertu Black Flag! Przekonajcie się sami – uwiecznili go też na taśmie filmowej - https://www.youtube.com/watch?v=Zr8FXeO9XU4.
6. Ciekawostka: Niedawno zespół się reaktywował. W dwóch różnych inkarnacjach...
7. Na dokładkę okładka: Po lewej pierwotne wydanie na taśmie, po prawej wznowienie na CD.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza