sobota, 29 października 2011

13. pilot kameleon: Jane's Addiction, The Great Escape Artist

Ocena: **1/2

Jeśli podsumować działalność tego zespołu, to chyba częściej on nie istnieje, niż faktycznie funkcjonuje. Ostatni powrót w 2008 roku pomimo zawirowań na stanowisku basisty trwa w najlepsze i co ciekawe, został udokumentowany albumem z premierowym materiałem. Nie udało się niestety utrzymać klasycznego składu, ale przecież na „Strays” takowy nie był potrzebny.
„The Great Escape Artist” zaczyna się dwoma potężnymi ciosami. „Underground” oraz singlowy „End To The Lies” rozwiewają wszelkie wątpliwości. Kolejny doskonały reunion! Przecież nie może być już źle! Świetne kawałki, Farrell w doskonałej formie, bulgocze psychodeliczna zawiesina, a na dalszym planie tli się niepokój generowany przez instrumenty klawiszowe. Trzeci w kolejce, „Curiosity Kills” wygląda na tle dwóch poprzedników jak jakaś niedoróbka. Problem tkwi w mało przekonującej kompozycji, która brzmi jak typowy współczesny kawałek grany w muzycznej telewizji. Bezbarwny w całej okazałości. Drugi singel, „Irresistible Force” sygnalizuje powrót do formy. Znów wszystkie elementy są w odpowiednich proporcjach i na swoim miejscu. Od tego momentu coś jednak zaczyna się psuć. Kawałki, nawet po kilkunastu przesłuchaniach, nie zostawiają po sobie żadnego śladu. Co więcej ich odsłuch nie sprawia wielkiej przyjemności, naraża słuchacza na ciągłe skojarzenia z innymi zespołami i niestety zawsze stawia Jane’s Addiction w złym świetle. „Twisted Tales” rozpoczyna się jak nieznany kawałek z płyty „Ultra” Depeche Mode, gdzieś dalej migają refleksy Linkin Park czy Muse. Hańba! Całkowicie nowatorska, wyznaczająca trendy, definiująca amerykańską alternatywę formacja staje się nagle generatorem nijakich utworów? Moja odpowiedź będzie niestety twierdząca. Właśnie w taki sposób odbieram ten album. Piękna produkcja nie jest w stanie pokryć liszajów kompozycyjnych. Dobrze tylko, że nikt nie wpadł na pomysł wypełnienia kompaktu po brzegi.
Można mi zarzucić, że oczekiwałem cudów, a przecież okres wizjonerstwa ten zespół ma dawno za sobą. Po doświadczeniu „Strays” czekałem po prostu na dobry album, którego zespół mi nie dał. Zatem mam prawo być rozczarowany. Obecny etap działalności Jane’s Addiction daje szansę na regularny powrót na scenę. Jeśli w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat pojawi się kolejna, tym razem bardziej przemyślana płyta, wybaczę im. Na ten moment żółta kartka.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: 1. „Underground”, 2. „End To The Lies” i 3. Irresistible Force”. 4. Chwila zakupu płyty. Wtedy jeszcze nie wiedziałem tego, co wiem teraz.
2. Najgorszy moment: Z mniejszym i większym natężeniem reszta płyty. I nie są to momenty bardzo złe, tylko bardzo bezbarwne.
3. Analogia z innymi elementami kultury: rock w MTV. Jest jeszcze coś takiego?
4. Skojarzenia muzyczne: Powinno się kojarzyć tylko z nimi. Niestety tak nie jest. Rock środka.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: historii o rozczarowaniu.
6. Ciekawostka. Powyższa recenzja została napisana przez jednego z największych fanów tej formacji w naszym kraju. Kocham, więc wymagam.
7. Na dokładkę okładka. Zmodyfikowana okładka debiutanckiej płyty Jane’s Addiction wykonana z plasteliny (pozdrawiamy kolegów z Primusa). Na ścianie plakat z gołą babą. Tylko kto chwyta Farrella z tyłu?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza