wtorek, 15 listopada 2011

14. Azbest: Lou Reed and Metallica "Lulu"

Lou Reed & Metallica - Lulu

Ocena: * 1/2

Dawno już nie poruszyła mnie tak żadna płyta. Jakaż była moja arogancja gdy sądziłem, że słyszałem już wszystko i nic mnie nie zdziwi. A w dodatku cios padł z najmniej spodziewanej strony - bo kto się spodziewa, że zaskoczy go Metallica?
A poraża już sam rozmiar „Lulu”: dwie płyty! I trwa... raptem 87 minut. Jak na dwupłytowy to nie jest oszołamiający wynik. Naprawdę nie dało się tego przyciąć (uprzedzając fakty – ostatnie 10 minut płyty to ambientujące granie nijak mające się do reszty)? To ten sam zespół który skracał utwory na "Load" by dostosować album do pojemności CD? Już to budzi niepokój. Czyżby twórcy uznali, że ich dzieło jest tak genialne, że nie można z niego uronić ani minuty? Pachnie to megalomanią i brakiem krytycyzmu, co źle wróży płycie.
Wbrew moim przewidywaniom Metallica wypadła tu nie najgorzej - przygotowali parę fajnych riffów. Sęk w tym, że utwory są słabo rozwinięte - aranżacje są fatalne, wręcz nie istnieją. Z tych elementów nie powstają ciekawe kawałki - najczęściej ta sama fraza jest namolnie powtarzana bez przerwy przez parę minut. Taki "Mistress Dread" ze swoim rasowym riffem brzmi jak mocno spóźniona odpowiedź na "Necrophobic". Tylko, że kawałek Slejera pod względem złożoności kompozycji brzmi jak rock progresywny. No i trwa półtorej minuty a nie siedem.
Panowie zazwyczaj potrzebują roku by nagrać płytę – teraz wypluli ją po dwóch miesiącach. Może niedopracowanie utworów to wynik tego pośpiechu? A może dlatego się nie przyłożyli bo od początku przyjęto założenie, ze muzyka ma być tylko tłem dla deklamacji Lou Reed'a?
Tym sposobem dotarliśmy do sedna tragedii. Reed przez lata udowadniał, ze potrafi napisać znakomite teksty. Nagrywanie concept-albumów to dla niego żadna nowość. Nie będę krył, ze jestem jego fanem więc mimo, że nie przychodzi mi to lekko muszę stwierdzić, że przy „Lulu” dał ciała w popisowy wręcz sposób. Wciąż zdarzają mu się świetne fragmenty, ale giną w bełkocie. Co gorsza prezentacja ich przez Lou woła o pomstę do nieba. Za często popada w zawodzenie łamiącym się głosem podawane kompletnie obok muzyki. Albo nawiedzone powtarzanie jakiś idiotycznych fragmentów. Chwilami miałem wrażenie, że niczym Beefheart nagrywał wokale nie słysząc podkładu. Lou zbliża się do siedemdziesiątki - może to starość? W ten sposób nie można zbudować nastroju ani zaintrygować słuchacza.
Hetfield mógłby go odciążyć, ale słyszymy go z rzadka. Co gorsza w zupełnie przypadkowych momentach i wyrzuca z siebie skrajnie absurdalne frazy. W dodatku w idiotycznej interpretacji.
Oczywiście rodzi się pytanie - kto jest odpowiedzialny za tą katastrofę? Mam swoją hipotezę. Wszystko wskazuje na to, że to Lou Reed jest źródłem. Metallica nagrywała już nudne płyty bez charakteru, ale jeszcze nie zbliżyli się do tak katastrofalnego poziomu. Niestety najprawdopodobniej Lars i spółka uznali, że skoro nic nie rozumieją z zaproponowanego przez Reed'a materiału to mają do czynienia z wielką sztuką. I potwór ujrzał światło dzienne.
To, że tę płytę jednak wydano to już prawdziwe kuriozum, ale nie powinno dziwić. Reed nawykł do realizowania swoich planów nawet jeśli wszyscy mu to odradzają. A Metallica najprawdopodobniej otacza się ludźmi nie mającymi dość kręgosłupa by podpowiedzieć im, że popełnili błąd.
Słuchać, słuchać koniecznie! Ta płyta jest porażająca. Taki ściek nieczęsto się trafia.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Pumping Blood" jest najmniej chujowy
2. Najgorszy moment: Szeroki wybór: może singlowy "The View"? Albo "Cheat on Me"? A "Frustration"? Sam już nie wiem.
3. Analogia z innymi element kultury: Ponoć sztuki Franka Wedekinda, ale osobiście nie znam. A po takiej zachęcie będę unikał.
4. Skojarzenia muzyczne: Bogu dziękować nie znam niczego podobnego. Choć przyznam, że stopień skomplikowania kompozycji przywodzi mi na myśl scenę NSBM.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: nie wyobrażam sobie słuchania tego w jakiejkolwiek sytuacji.
6. Ciekawostka: klip do "Iced Honey" ma nakręcić Darren Aronofsky. Niesamowite - zamiast udać, że ta płyta nie istniała i czekać aż wszyscy zapomną, nagłaśniają ją. Nie do wiary.
7. Na dokładkę okładka: Panowie skopali nieomal wszystko co się dało, ale okładka akurat jest niczego sobie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza