środa, 31 lipca 2013

59. Pippin: Deep Purple, Made In Japan

 
Ocena: * * * *


Nie przepadam za płytami koncertowymi. Nie myślcie, że nie lubię chodzić na koncerty, nic z tych rzeczy. Ale co innego bezpośredni kontakt pod sceną, uczestniczenie w święcie (albo i porażce, bo i tak bywa) na bieżąco, z masą innych ludzi, a co innego słuchanie sobie tego potem spokojnie z płytki, w domu czy na spacerze, przy obiedzie albo odrabianiu zadań z matmy. Jest to dla mnie dowód na to, jak diametralnie inaczej ta sama osoba może odebrać jedno zjawisko, zależnie od okoliczności.
Bo gdybym był w 1972 w te sierpniowe wieczory w Tokio i Osace, to kto wie – bardzo możliwe, iż do dziś uważałbym je za koncert życia. Abstrahując od faktu, że nie było mnie na świecie, a nawet gdybym był, to skąd miałbym się znaleźć w kraju cesarza Hirohito – gdybym stał wtedy pod sceną, a Gillan i spółka wyczyniali to wszystko, co wyczyniali, na moich oczach i uszach, to pewnie wpadałbym w zachwyt przy każdym wersie, przy każdej solówce gitarowej, perkusyjnej, nie mówiąc już o zabawach wspomnianego Gillana ze śpiewającą publicznością. Dałbym się porwać panującej euforii i starał się nigdy nie zapomnieć żadnego dźwięku. Bo uprzedźmy fakty – Deep Purple naprawdę potrafiło grać dobre koncerty.
Tymczasem, może i nieco zblazowany, słucham sobie „Made In Japan” na spokojnie i ciężko mi być bezkrytycznym fanem. Bo ta porywająca tłumy solówka w „Child in Time” to przecież jedzie dłuższy czas na pięciu dźwiękach na krzyż, bo Gillan naprawdę, co sam przyznawał, nadrabia ekspresją niesamowicie, ale nie jest w najwyższej swej formie wokalnej, bo ile można słuchać perkusyjnych improwizacji Pace’a w „The Mule” i jak w ogóle znieść „Space Truckin’”, trwające dwadzieścia minut?
Wiem, czepiam się. Bo to mimo wszystko jest znakomity koncert przecież. Zgoda, przydługi, zgoda, utwory rozciągnięte do granic możliwości, zgoda, ortodoksi wyznający jedynie wersje studyjne mają spore pole do narzekań, ale zaznaczmy wyraźnie – daleki jestem od wynoszenia Purpli na szczyty szczytów, jak czynią to w „Tylko Rocku” czy Trójce, ale w latach 1969-1972 chłopaki mieli jednak swoje pięc minut. Mało kto grał z tak porywającą, wręcz mechaniczną motoryką (brawo Glover!), a instrumentaliści i kompozytorzy też nie byli pierwsi z brzegu. No i Japonia – kraj dla muzyki rockowej zawsze łaskawy, z którego wyszła niejedna klasyczna płyta koncertowa czy choćby bootleg. Na „Made in Japan” Purple naprawdę pokazują się z doskonałej strony i kto przedkłada magię chwili, potęgę rockowej improwizacji i ducha koncertowego żywiołu nad chłodną analizę, ten nie zauważy niedogodności, tylko łykać będzie płytę po całości, i te 76 minut (siedem utworów!) nie będzie mu się dłużyć ani przez sekundę. I mimo że śmieszy mnie, jak wszelkie rankingi na koncertowe płyty wszechczasów „Made In Japan” wygrywa bezkonkurencyjnie – to jednak, kurczę, dobry koncert jest. 

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Highway Star” najbardziej konkretny, choć Gillan trochę pieje. 
2. Najgorszy moment: 2/3 „The Mule”. 
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Franek to jest szatan, Franek to jest szatan, pół Belmonda, pół wielbłąda, made in Japan.” – śpiewała Maryla Rodowicz. 
4. Skojarzenia muzyczne: Odwrotnie, prawie cały świat ciężkiej muzyki kieruje skojarzenia do nich. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Precyzyjna w każdym detalu praca automatów w japońskiej fabryce. 
6. Ciekawostka: Jak słyszę zestawienie słów „Japonia” i „1972” to jednak najpierw kojarzy mi się Wojciech Fortuna, wybaczcie. 
7. Na dokładkę okładka: Bardzo ładne kolorki.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza