czwartek, 29 września 2011

11. Pippin: Morphine, Cure For Pain


 Ocena: **** 1/4

Nazwanie mnie twardogłowym rockmanem byłoby chyba pewną przesadą, ale nie ma powodu ukrywać, że płyty bez udziału gitary rzadko goszczą w moim odtwarzaczu. A tu proszę – zagościła i całkiem nieźle jej tam. Morphine.
Zespół istniał praktycznie przez całe lata dziewięćdziesiąte, ale przyznaję – nie pamiętam ich z tamtych czasów. Słuchani dziś po latach są obdarzeni dość oryginalnym brzemieniem, jakim jest legenda lidera zespołu, Marka Sandmana. Wokalista i basista Morphine zmarł bowiem na scenie, podczas koncertu we Włoszech, wskutek ataku serca. Nieczęste, prawda? Ale przejdźmy do muzyki.
Instrumentarium ascetyczne jak rzadko. Podstawa to perkusja, bas i saksofon. Saksofon, podkreślmy, najczęściej barytonowy, czyli o niższym brzmieniu, niż w Kulcie, czy Brygadzie Kryzys. Gitara gdzieś tam z rzadka się pojawia, ale raczej jako ozdobnik i trzeba mocno się wsłuchać, by ją odnaleźć. Szczytem szaleństwa jest zatem użycie mandoliny w „In spite of me”.
Saksofon? A, to pewnie jazz grają – ciśnie się na myśl skojarzenie. W sumie niezbyt słusznie, raczej brakuje tu jazzowego ducha improwizacji, partie instrumentów wydają się szczegółowo zaplanowane. To już raczej jakiś surowy blues, zminimalizowany folkrock, a gdy gitara basowa jest na pierwszym planie (jak w „Candy”), potrafi wygrywać pochody niemal zimnofalowe. Z kolei w takim „A head with wings” saksofon gra niemal riffowo, zamknij oczy i spróbuj podstawić sobie w jego miejsce gitarę – jak najbardziej pasuje. W „Thursday” w podobnej roli występuje bas. A do tego wszystkiego głos Sandmana – niski, ciepły, przyjemny nawet. Bardzo miło słucha się tej płyty. A zarzuty? Tylko jeden, ale dość ciężki. W tak subtelnej formule nietrudno o powtórki i podobieństwa – przy pierwszych odsłuchach płyty, im bliżej końca, tym częściej miałem wrażenie „Zaraz, czy tego utworu już nie było?”.
Ale nie ma co marudzić. Bardzo ładna płyta. Oddech, uspokojenie, zaduma. Posłuchajmy.

1. Najlepszy moment: „Candy”. Trochę zmieńmy aranżację i mamy niemal Joy Division.
2. Najgorszy moment: „Mary, won’t you call my name”. Trochę zbyt roztańczone, odstaje od reszty.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Płytę wieńczy utwór „Miles’ Davis funeral”, co jest ciekawe z dwóch powodów. Pierwszy – piszę te słowa w dwudziestą rocznicę śmierci Milesa Davisa. Drugi – rok przed „Cure for Pain” ukazał się album „Congregation” grupy Afghan Whigs, który zakończony był kompozycją zasadniczo niezatytułowaną, ale znaną jako „Miles iz dead”. Jakaś ówczesna moda?
4. Skojarzenia muzyczne: Spokojniejszy jazzrock, raczej ten piosenkowy, bliższy bluesa, niż ten z instrumentalnymi szaleństwami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa: Wieczór, półmrok, noc po ciężkim dniu.
6. Ciekawostka: Sandman zmarł dokładnie w rocznicę śmierci Jima Morrisona. Ciekawostka numer dwa – teledysk do „Thursday” można było wypatrzeć w jednym z odcinków przygód Beavisa i Butt-Heada.
7. Na dokładkę okładka: To chyba chmury. Ładne dopełnienie nastroju płyty.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza