czwartek, 29 września 2011

11. Basik: Morphine, "Cure For Pain"

Morphine - Cure for Pain

Ocena: * * * * 1/2

Ciężko opisywać takie płyty… Płyty, które pochłaniają niczym czarna dziura w konstelacji Cygnus X-1. Pożerają cię, obgryzają aż do kości pozostawiając coś, co niektórzy naiwniacy nazywają duszą. Mowa o drugiej płycie Morphine „Cure For Pain”. Fascynujące jak nuty na tym albumie sugestywnie potrząsają wyobraźnią i manipulują (moją) percepcją. Każdy utwór oprócz samego dźwięku i słów ma tutaj smak, zapach, kolor i kształty. Mark Sandman i ekipa chyba odkryli jakiś mistyczny przełącznik uruchamiający wszystkie zmysły podczas słuchania ich muzyki. Pod tym względem „Cure For Pain” jawi mi się jako album „absolutny”, czyli taki który splata muzyków, muzykę i słuchacza w jakiś jeden nieopisany organizm. Piękne!
Dobra, koniec tej egzaltacji. Napiszę to, co powyżej w telegraficznym skrócie i w języku normalnych ludzi: po przesłuchaniu tego albumu leżałem rozpierdolony na podłodze.
Nie odpowiem na pytanie, dlaczego ta płyta mnie tak przyjemnie poturbowała emocjonalnie za to mogę napisać, dlaczego jest ona wyjątkowa. Po pierwsze nieszablonowe instrumentarium, które bardziej wskazuje na zespół jazzowy niż rockowy. Nietypowe power trio: saksofon barytonowy, śpiewający basista oraz bębny. Mało! Trzeba dodać, że Mark Sandman miał zaburzenia gitarowo-basowej tożsamości, o czym świadczy granie na dwustrunowym basie bottleneckiem. Inna sprawa, jaki wariat wrzuca efekt wah-wah na solo saksofonu („All Wrong”)? Po drugie zespół napisał naprawdę wyśmienite piosenki. Bardzo proste, zazwyczaj oparte na basowym riffie i bujających partiach bębnów, ale w tej prostocie genialne. Po trzecie głos Marka Sandmana. Niezbyt oryginalny, ale bardzo przyjemny, kojący. Mam wrażenie, że on właściwie nuci sobie te nie nachalne melodie niż „śpiewa”. Ostatecznym (i nie wiem, czy nie najważniejszym) składnikiem są zupełnie rozbrajające teksty. Romantyczne. O kobietach, o związkach, miłości i różnych dziwnych sytuacjach z niej wynikających. Większość przesiąknięta delikatnym erotyzmem, który wychodzi na powierzchnie dopiero w zestawieniu z interpretacją wokalną i pełną napięcia grą i barwą saksofonu. Naprawdę warto wgryźć się w warstwę słowną szczególnie, ze nie jest bardzo skomplikowana.
I znów nie jestem zadowolony z mojej recenzji, bo nadal wydaję mi się, że nie kumacie, dlaczego ten album jest tak miażdżący. Ciężko opisywać takie płyty…

1. Najlepszy moment: może „All Wrong”? Albo „In Spite of Me”. Wiem! „Sheila”. Albo…
2. Najgorszy moment: moment, w którym nie słucham zespołu Morphine
3. Analogia z innymi elementami kultury: Motyw diabła, kusiciela w tekście „Buena”. Elementy eskapistyczne w „Let’s Take a Trip Together”.
4. Skojarzenia muzyczne: dziwne połączenie Dave Matthews Band i The Bad Seeds, czyli zapach siana w pełnym słońcu versus wyziew z dwutygodniowej popielniczki.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa: do nocnych podróży samochodem „przed siebie” po autostradach w Nevadzie.
6. Ciekawostka: Bogusław Linda na płycie Świetlików śpiewał „Spotykamy się w każdy czwartek, czwartek”. Mark Sandman śpiewa „We used to meet every Thursday, Thursday” a tematem tej piosenki jest również zdrada małżeńska i pokątne schadzki w mieszkaniu niewiernej żony. Zbieg okoliczności? Jeśli nie, to dlaczego w czwartek?
7. Na dokładkę okładka: Nie wiem, co napisać, bo tam jest zdjęcie chmur z góry.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza