sobota, 31 sierpnia 2013

60. Pippin Wodecki: Zbigniew Wodecki, Zbigniew Wodecki


Ocena: * * * 1/4

Przed kilkoma laty niejeden polski portal, zajmujący się muzyką tak zwaną alternatywną, brał udział w jakiejś zagadkowej krucjacie, mającej na celu wyniesienie na wyżyny, rehabilitację czy jak tam chcecie sobie to nazwać – zespołu Papa Dance. W tym roku bohaterem podobnej akcji wydaje się być Zbigniew Wodecki. Tu i ówdzie możemy zatem przeczytać o „odnalezionym po latach, zapomnianym diamencie polskiego popu” i tym podobne. Swoje trzy grosze wrzucił do świnki sam Artur Rojek, zapraszając Pana Zbysia na Off Festival, gdzie ten wykonał w całości swą debiutancką płytę.
Wodecki ma jeden niezaprzeczalny atut – głos. Rechoczcie sobie do woli, ale określenie „aksamitny” pasuje mi tutaj doskonale. Głos mistrza ma niesamowicie przyjemne, szlachetne brzmienie, a jego nieco gawędziarski posmak doskonale predestynuje artystę do śpiewania piosenek prostych, które wpadną w ucho każdemu. Otwierający płytę „Rzuć to wszystko co złe” uwodzi marzycielskim klimatem od pierwszych sekund. Dalej niestety nie jest tak różowo, za co winić należy stylistykę, obraną przez Pana Zbysia. Bo to nie jest zwykły pop – to jest pop estradowy, opolsko – sopocki. Stąd niestety niemal operowa maniera w „Pieśni ciszy”, stąd dyskusyjnej urody chórki w „Wieczór już”, stąd aranżacje dętych i smyczków w „Kochałem panią kilka chwil”. Jasnych punktów na płycie jednakowoż nie braknie – żwawy „Posłuchaj mnie spokojnie” to, obok utworu otwierającego, faktycznie „diament polskiego popu”, o którym pisali koledzy po fachu. Uroczą melodię przyniesie „Dziewczyna z konwaliami”, południowoamerykańskimi rytmami ujmą „Panny mego dziadka” (w ogóle momentami ciężko się oprzeć wrażeniu, że wcale zdolna ekipa muzyków chciałaby sobie poszaleć, poimprowizować, popróbować różnych stylów, pobawić się instrumentami – ale obrana konwencja całości szybko przywołuje ich do porządku), a i specyficzny śpiew w „Partyjce” może się spodobać. Ale z drugiej strony dobre wrażenie popsuć może przesadnie ckliwo zaśpiewana „Ballada o Jasiu i Małgosi”, a popisy skrzypiec w „Wieczór już” wpadają, z przeproszeniem, w rzępolenie.
Mimo wszystko zdecydowanie warto po latach wsłuchać się na nowo, z innym nastawieniem, w gościa, który w dzieciństwie był dla Ciebie tym starym kolesiem od „Pszczółki Mai” czy wiekopomnej pieśni „Chałupy welcome to” (notabene ten numer ma, poza refrenem, kapitalny tekst, chylę czoła). Rozmiłowanym w polskiej muzyce archeologom te czterdzieści minut z Panem Zbysiem i jego orkiestrą zdecydowanie polecam, chociaż sam jaśniejsze diamenty odnajduję na przykład w starych nagraniach Krystyny Prońko.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Piosenki numer 1 i 8.
2. Najgorszy moment: Piosenka numer 3.
3. Analogia z innymi element kultury: Bracia Grimm, hehe.
4. Skojarzenia muzyczne: Jaśniejsza strona Opola.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Dancing w klubie „Kaprys”, lato 1976.
6. Ciekawostka: Pan Zbyś w czasach wydania tej płyty powodował swoim fiatem 126p sporo stłuczek. Podobno aż trzy razy zderzył się z krakowskimi tramwajami, aż cech motorniczych nawzajem się ostrzegał.
7. Na dokładkę okładka: Czyż polskie lata siedemdziesiąte nie były przeurocze?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza