wtorek, 31 stycznia 2012

19. Basik: Anthrax, "Volume 8: The Threat Is Real"

Anthrax - Volume 8 - The Threat Is Real

Ocena: * * * 3/4

Druga połowa lat 90. dla thrash-metalowych gigantów była niezłą próbą wytrzymałości oraz czasem rewolucji stylistycznych, związanych – w uproszczeniu – z totalnym wypaleniem gatunku. Rewolucji z początku nawet bardzo udanych jak np. „Load” Metalliki, czy tylko udanych – patrz „Criptic Writings” Megadeth. Z kolejnymi albumami było jednak coraz gorzej (łagodnie rzecz ujmując) aż do momentu, kiedy to historia zatoczyła koło i każdy chciał na nagrać swój „Reign In Blood v2”. Warto dodać, że nie wszystkim udało się to w stopniu satysfakcjonującym, ale to już inna historia…
Muzyczne podboje nowych planet przez Anthrax powiązane bezpośrednio z pojawieniem się Johna Busha za mikrofonem rozpoczęły się wcześniej, ale w odróżnieniu od „rówieśników” trzymały wysoki poziom właściwie przez cały „nowożytny” okres zespołu. „Volume 8”, czyli środkowa pozycja katologu z Jaśkiem może nie jest tak zaskakująco piękna jak „The Sound Of White Noise” czy superinspirująca jak „Stomp 442”, ale na pewno jest pozycją ciekawą i dającą sporo prostej radochy ze słuchania.
Płyta powstała w podobnym czasie co „dwójka” S.O.D., więc nie ma się co dziwić na obecność HC – szybkostrzałów jak „604” i „Cupajoe”, które przyjemnie urozmaicają album. Zacząłem od przedstawienia tych dwóch numerów bowiem rozstrzał na stylistyczny na „ósemce” jest duży. Mimo to całość siedzi i nie zgrzyta, bo spaja ją głos Busha i jakiś luzacki klimat wszystkich kompozycji. Wszystko gra. Od elektrycznego country w „Taste To The Extras”, poprzez nu – metalowe (tfu, tfu jakie brzydkie słowo) riffy w „Inside Out”, zapętlony i skotłowany „Crush”, a kończąc na stricte rockowym wymiataniu w „Catharsis”. Album w wersji europejskiej zamyka ukryty utwór „Pieces” śpiewany przez Franka Bello, a jest to akustyczna perła z wprost zapierającą dech w piersiach linią melodyczną. Takich hymnów, już w wykonaniu lidsingera jest tu zdecydowanie więcej. Życzę wszystkim gwiazdom pop takiego łba do melodii jaki posiada Bush. I nie mówię tu tylko o zabójczym refrenie w „Inside Out”. Nic dziwnego, że fani Wodza Belladonny mają w dupie płyty nagrane z Bushem skoro ten pierwszy wypada wokalnie jak Zbigniew Wodecki przy Mike’u Pattonie. Scott Ian ukręcił tu naprawdę oryginalne, dynamiczne brzmienie gitar i zasadził sporo miażdżących riffów. Takich prostych i nośnych, że noga sama lata jak zwariowana pod stołem, a w ryju usadawia się gruby banan. Ale o tym, że Rosenfeld to mistrz riffów wiemy już od dawna. Skoro o instrumentach mowa to przyczepię się tylko do topornego brzmienia bębnów. Do gry Charlie’go nie ma się co czepiać, jest ona „charyzmatyczna”, kreatywna i zwraca uwagę gigantyczną porcją energii.
Album klasa. Bardzo go lubię.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Pieces", "Harms Way", "Alpha Male"
2. Najgorszy moment: 2.5 minuty ciszy w oczekiwaniu na "Pieces"
3. Analogia z innymi elementami kultury: W tekstach dużo diabła, trochę kawy oraz... Kamień z Rosetty.
4. Skojarzenia muzyczne: America Fuck Yeah !
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: miejsca gdzie jest cieplej
6. Ciekawostka: Czy wiedzieliście, że pole widzenia kota obejmuje 280 stopni? Szok!
7. Na dokładkę okładka: Czarna bila - kolejny amerykański pop symbol - uderza na (w) Manhattan? Po 9/11 by to już nie przeszło.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza