Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pippin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pippin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2015

95. Pippin: Nobody Sings Dylan Like Dylan

Zacznę od problemu semantycznego. Nie lubię stosowania w polskim języku słowa cover (że nie wspomnę o słowie kower). Przeróbka - ujdzie, ale jak nagrywasz cudzą piosenkę, to nie zawsze jest to przeróbka. Czasem jest to tylko odgrywka (czyli jak Faith No More nagrało "War Pigs", a Limp Bizkit "Behind Blue Eyes"). Na widok tworu "cudzes" mam torsje. A dalej polski język trochę kuleje i niepotrzebnie komplikuje - "własna wersja", "własne opracowanie" trochę za długo i kulawo brzmią. Może więc zostać przy tym nieszczęsnym coverze? Kilka miesięcy temu Wiesiek Weiss biadolił w "Tylko Rocku" nad używaniem tego słowa i piętnował, że wprowadził je do naszego języka przed laty Roman Rogowiecki. Od siebie mogę tu dodać tylko tyle, że rzeczonego Rogowieckiego Romana spotkałem kiedyś w Pobierowie w Cafe Smok.
Jedziemy.
 
Zaczniemy z grubego kalibru i to w niejednym znaczeniu. Bo czy gdy zespół nagrywa własny utwór w innym języku, to liczy się jako cover, czy nie? Wszak taki Kraftwerk (dla młodszych: taki Myslovitz) potrafił nagrać całą płytę w różnych wersjach językowych. Niemniej Beatlesi z pierwszego, słodkopopowego, okresu, śpiewający własne hity po niemiecku, to zjawisko tak wyjątkowe, że nie oprę się pokusie.
 
Moje uwielbienie dla Beatlesów nie pociąga za sobą zakazu nagrywania ich utworów przez innych. Chociaż zazwyczaj oryginały są skończenie doskonałe, znajdziemy niejeden przypadek, gdzie twórcze kombinowanie dało wersję nawet jeśli nie lepszą, to na pewno nietuzinkową. Vanilla Fudge taki mieli na siebie pomysł, że grali głównie cudze utwory i za każdym razem wywracali oryginał na swoją psychodeliczną modłę. Melodyjne, melancholijne, smyczkowe, smutne dzieło McCartneya zamienili oto w dziewięciominutowe tajemnicze opus.
 
Dobra, jeszcze o Beatlesach. Ponoć Lennon powiedział kiedyś, że nagrałby raz jeszcze utwór "Help!". Bowiem jego zdaniem w oryginalnie dość wesołej, dynamicznej muzyce ginie ten ponury tekst o utracie pewności siebie i zagubieniu w świecie. Czyżby nie wiedział, że taka wersja powstała już w 1968? Deep Purple, jeszcze w składzie Mark I, czyli bez Gillana i Glovera, postarali się przydać smutnemu tekstowi odpowiedniej oprawy.
 
Rozważmy inny przypadek. Zespół zmienia wokalistę, zmienia diametralnie styl grania i nagrywa na nowo swój stary utwór, zmieniając jego tytuł i z punkowej apokalipsy robiąc modelową nową falę. Cover czy nie?
 
Swans, dziś ultragłośna dźwiękowa apokalipsa, w przeszłości grywali rozmaicie, zahaczając o różne stylowe podwórka. Jednego razu wymyślili sobie nagrać flagowy kawałek Joy Division. I zrobili to nawet dwa razy - raz zaśpiewała Jarboe, raz Michael. Ta druga wersja bierze mnie bardziej, mimo że pierwsza wydaje się ciut bardziej twórcza.
 
A czym się różni przeróbka od odgrywki - wytłumaczą Wam The Cure. W linku pod tytułem jest odgrywka oryginału. A przeróbki posłuchajcie tutaj.
 
A teraz z tajemniczego postpunkowego utworu robimy ładną akustyczną piosenkę do nucenia przy ognisku. I nie czepiam się Nirvany, bo raz, że ładnie wyszło, a dwa - twórcy oryginału byli mocno zaangażowani.
 
Cathedral odegrali "Solitude" dość wiernie i bez kombinowania, ale ich wersja wydaje mi się jakaś taka... bogatsza, bardziej kunsztowna. Podobny casus był zresztą wtedy, gdy Pantera nagrała "Planet Caravan".
 
Świętej pamięci Michael Hutchence zaintrygował. Lubiłem INXS jako dostarczyciela melodyjnych poprockowych hitów, ale wokalista zostawiony solo mocno zaskoczył podelektryzowaną, niepokojącą wersją Popowej klasyki. Kto wie, co mu naprawdę w głowie grało i co dalej by nagrywał, gdyby dwa lata później nie opuścił tego świata.
 
Serio myśleliście, że bez tego się obejdzie?

piątek, 1 maja 2015

94. Pippin: Def Leppard, On Through The Night


Ocena: * * * 1/2
 

Kto zna Def Leppard tylko z okresu największej popularności, temu ciężko może przyjść pogodzenie się z faktem, iż to zespól brytyjski. Mało tego, iż był jednym z głównych przedstawicieli NWOBHM (nienawidzę skrótowców, ale ten, przez swą długość i niewymawialność, jest już tak absurdalny, że jakoś perwersyjnie prowokuje, by być mimo wszystko używanym). Tak, ta kapela od „Let's Get Rocked”, „Pour Some Sugar On Me” czy słodkiego „Love Bites” zaczynała poniekąd ramię w ramię z Iron Maiden czy Diamond Head. Późniejsze stadionowe przeboje, odmiana pudel bądź hair metalu, klawisze i półelektroniczna perkusja wcale jednak nie są takim zaskoczeniem, gdy dobrze wsłuchamy się w debiutancki album.
Album, swoją drogą, całkiem niezły. Śmiechy i uprzedzenia i odium późniejszych dokonań na bok – mamy tu całkiem sprawny hard rock, bardzo bliski temu, co podówczas grały choćby Saxon czy Judas Priest. Rick Allen ma jeszcze dwie ręce, więc perkusja jest prawdziwa i naturalna. Joe Eliott ma włosy już chyba po trwałej, ale jeszcze czarne, więc wokalnie też jest mniej popowo, niż później. Właśnie – wokale. Już na pierwszej płycie Def Leppard zdradza wielkie skłonności i do melodyjności i do partii chóralnych, co na pewno wyróżniało ich na tle konkurencji (nie żeby Ironi stronili od śpiewanych partii zespołowych, ale skala wyraźnie mniejsza) i być może zwróciło uwagę tych, którzy po kilku latach doprowadzili do pchnięcia twórczości kapeli na nieco inne tory. Niemniej jest tu moment proroczy - „Hello America”, tak muzycznie, jak i tekstowo, zdaje się przepowiadać przyszłość grupy. Ale naprawdę warto sprawdzić, jak zaczynali.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Wasted” - modelowy przebój NWOBHM.
2. Najgorszy moment: Od tych chóralnych refrenów zaczęły się późniejsze nieszczęścia.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Podobnież istnieje w Brazylii pismo muzyczne „Rock Brigade”, o nazwie, zgadliście, zainspirowanej przez tę płytę.
4. Skojarzenia muzyczne: O Saxon i Judasach wspominałem, ale zagrajmy inaczej. Posłuchajcie „It Don't Matter”, a potem, młodszego o kilka lat „Knockin' At Your Back Door” Purpli. Podobne?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Przejażdżka ciężarówką z okładki.
6. Ciekawostka: Ciekawostka będzie mało fascynująca, ale jednak. Utwór pod tytułem „On Through The Night” znajduje się nie na tej płycie, tylko na kolejnej. U nas mistrzem takich zagrywek był Kult.
7. Na dokładkę okładka: Bronię ich wczesnej twórczości, ale tu już poszli stadionowo.

środa, 1 kwietnia 2015

93. Pippin: The Rolling Stones, We Love You / Dandelion


Ocena: * * * *
 
Cholera, obiecałem chłopakom, że zdążę przesłuchać tego singla przed recenzją, a nie zdążyłem, nawet pobieżnie. No ale dobra, jakiś tekścik sklecimy, w końcu co to za wyzwanie. Wszyscy wiedzą, co Rolling Stonesi grali, grają i grać będą. Więc, prawda, pochodzące z drugiej połowy lat sześćdziesiątych utwory „We Love You” i „Dandelion” charakteryzują się bluesrockowym klimatem, ostrymi gitarami Richardsa i Jonesa (czy już Taylora? szlag, nie sprawdziłem), zadziornym riffem, mocnym wokalem Micka i kobiecymi chórkami, jakby w stylu soul. Wszystko wyprodukowane w klarowny i przejrzysty sposób, a teksty, jak zwykle, o panienkach i imprezowaniu. A, jeszcze ocena. No, Rolling Stones to solidna firma, mocna czwórka będzie w sam raz.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Pewnie riff. 
2. Najgorszy moment: Pewnie chórki.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Dandelion Records, założone przez Johna Peela.
4. Skojarzenia muzyczne: No, kto tam grał podobnie... O, Animalsi, jakieś The Small Faces, Chuck Berry nawet.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Tytuły sugerowałyby Lato Miłości, ale to zmyła, Stonesi tak nie grali, każdy to wie.
6. Ciekawostka: Sprawdziłem, co po angielsku oznacza „dandelion” i dokonałem niesamowitego odkrycia, że mniszek lekarski i mlecz to nie jest to samo.
7. Na dokładkę okładka: Wersji jest kilka, ja wybieram tę, która antycypuje Bauhaus.

piątek, 20 marca 2015

92. Pippin: Śmierć w bikini

Jak wiosna, to marzec. A jak marzec, to Dzień Kobiet – chociaż on jeszcze w zimie. A przecież prawie każdy lubi, jak kobieta śpiewa. A śpiewać potrafi różnie – delikatnie, żarliwie, seksownie, agresywnie, zimno, odpychająco. Co kto lubi. W dzisiejszym krótkim przeglądzie możecie marudzić na nadreprezentację nazwisk oczywistych. Ale jakiś porządek musi być – bo coś mi mówi, że Koledzy Redaktorzy pójdą mocno niszowo.

1. Billie Holiday
Ale zaczniemy w trochę mniej oczywisty sposób. A przynajmniej mało rockowy – bo przecież nikt nie odmówi sławy i rozpoznawalności Billie Holiday. Wielka dama jazzu, a przy okazji jedna z pierwszych postaci tragicznych w muzyce popularnej – uzależniona od narkotyków, alkoholu, wielokrotnie aresztowana, karana zakazami koncertowania, zmarła w wieku czterdziestu czterech lat.

2. Janis Joplin
No ale jak już o postaciach tragicznych mowa, to na gruncie rocka królowa może być tylko jedna.

3. Patti Smith

Gdy koleżanki szykowały wieczór panieński mojej przyszłej (znaczy się obecnej) Małżonce, zajęły się i jedną z klasycznych atrakcji, czyli przesłały mi kwestionariusz z pytaniami dotyczącymi mnie i miałem na nie odpowiedzieć, a potem weryfikowały odpowiedzi szczęśliwej narzeczonej i tym samym jej znajomość moich gustów i poglądów. Jednym z pytań było „Twoja ulubiona wokalistka”. Na przygotowanie kwestionariusza miałem bardzo mało czasu i nad pytaniami zastanawiać się mogłem raptem kilka sekund. Odpowiedziałem wówczas „Patti Smith”, a potem długo się zastanawiałem, czy to odpowiedź właściwa. No bo może PJ, a może Elisabeth, a może jednak Beth? Ale skoro pierwszy impuls wskazał Patti, to nie wypierajmy się Patti. A koncert w Poznaniu był super.

4. Kate Bush
A może jednak odpowiedź na pytanie z punktu powyżej powinna brzmieć „Kate Bush”? Każdy z Was ma pewnie tak, że zna melodie, które, nie wiadomo dlaczego, czasem nawet wbrew rozsądkowi i gustom muzycznym, idealnie trafiają w jego wrażliwość, jakieś magiczne częstotliwości czy co. Dla mnie jedną z takich melodii jest na pewno refren „Wichrowych Wzgórz”.

5. Elisabeth Fraser
Bo jeśli chodzi stricte o głos – to wybieram jednak Elisabeth Fraser. Sami widzicie – jej piosenki nawet tekstów nie potrzebują.

6. Kim Gordon
A tu z kolei ciężki rockowy kaliber. Bo nie dość, że głos, to jeszcze i ten bas, i ogólnie – osobowość. No i grała z zespole, który wynosił rock w inny wymiar, szedł własną ścieżką, a inni mogli mu tylko wzmacniacze polerować.

7. Kim Deal
Zresztą basistek w rocku nie brakuje – pamiętamy Tinę Weymouth, D’arcy czy Melissę Auf der Maur. Traf chciał, że drugi, obok wspomnianych Sonic Youth, wielki alternatywny (indierockowy, hehe) amerykański zespół lat osiemdziesiątych też miał basistkę w składzie. O takim samym imieniu nawet. I powiem jedno – Kim Deal nie była ładna. Ale była fajna. Była na tyle fajna, że gdy The Dandy Warhols śpiewali „I want a girl as cool as Kim Deal” – to ja ich dobrze rozumiałem. A przy okazji sprawdźcie wszystkie terytoria zależne i historie pokrewne – The Amps, The Breeders, Throwing Muses, Kristin Hersh, Belly. Jest tego trochę.

8. Björk
Ona pojawiła się z zupełnie innej bajki. Jakieś tam nowofalowe historie pod tytułem KUKL czy Sugarcubes ten i ów słyszał, ale solowy debiut Björk to był strzał między oczy. Głos i ekspresja niepodobne do niczego co znałeś a do tego masa eksperymentów stricte muzycznych. Eksperymentów w późniejszych latach mocno dyskusyjnych, ale pierwsze trzy – cztery płyty nadal trzymają się mocno.

9. Tori Amos
Pisałem tu kiedyś o nieszczęsnej fali (fali? to cały ocean!) klonów, którym się wydaje, że są Kate Bush i powtórzą jej styl. Nazwać Tori takim klonem byłoby grubym nadużyciem, ale mocnej inspiracji się nie wyprze. Częściej niż mój ulubiony (choć w dzisiejszym zestawieniu w sumie nieobecny, co jest?) typ dziewczyny z gitarą preferowała typ dziewczyny z fortepianem, ale wiele uroku przez to nie traciła. Chociaż ostatnie płyty jakoś nie wymiatają specjalnie.

10. Beth Gibbons
Więc nie tylko lubiłem te dziewczyny z gitarą, ale ogólnie w swej dumie i zadufanym poczuciu szesnastolatka, co to zjadł wszystkie rozumy i pojął całą muzykę rockową, żyłem w przekonaniu, że podstawą dobrej muzyki jest gitara, muzyka musi być zbudowana na gitarze, a na kolegów ze szkoły, co to interesowali się elektroniką, patrzyłem z politowaniem. I stała się zmiana – do elektroniki (choć z umiarem) przekonała mnie mało urodziwa dziewczyna, z głosem i muzyką jak z małej zadymionej knajpki. Z pokorą przyznałem, że mało jeszcze wiem.

sobota, 14 marca 2015

91. Pippin: Van Der Graaf Generator, H To He Who Am The Only One


Ocena: * * * * 1/4


Van Der Graaf Generator. Kto nie zna, a jedynie kojarzy – ten powie: art rock, lata siedemdziesiąte, pewnie coś pokrewnego do King Crimson, Yes i Genesis. Załadujmy zatem album o tajemniczym tytule „H To He Who Am The Only One” i sprawdźmy, czy ma rację.
No ma. Ale pierwsza refleksja na dzień dobry – na tle wspomnianych asów progresywnego grania Generator jawi się opcją najbardziej ascetyczną (nie zdziwi to tego, kto zna późniejsze solowe dokonania Petera Hammilla, gdzie asceza to jego drugie imię). Bez tego rozbuchania, które jednych zachwycało, a innych odpychało, bez przepychu i miliona instrumentów. Skład raczej stricte rockowy (są klawisze, ale daleko im do roli, jaką pełnił, dajmy na to, Wakeman w Yes), uzupełniony saksofonem. I ten saksofon wyróżnia się od razu, bo pełno go wszędzie. Jest hałaśliwy, ostry, drażniący. Kompozycje trwają średnio prawie 10 minut, ale też nie ma tych niezliczonych zmian tempa i tematów, jak choćby u Genesis – tu przestrzeżmy/zachęćmy: na innych płytach akurat jest tego więcej. Ale są tu utwory bardziej zwarte - „House With No Door” po całości jest delikatny i spokojny, a „Killer” przeciwnie, raczej szybszy i szalony. Nie dajmy się jednak zwieść, bo zarówno „The Emperor in His Room”, jak i „Pioneers Over c” to już modelowe zlepki różnych klimatów i różnej dynamiki. Dodajmy, że w „Emperor” na gitarze gra Fripp, więc sami rozumiecie.
Jeśli Generator czymś wyróżniał się spośród grup wspomnianych na początku, to na pewno tekstami. Z artrockowej/progresywnej czołówki był pod tym względem najlepszy. Nic nie ujmując tekstom, które dla King Crimson pisał Sinfield, Hammill to prawdziwy poeta rocka. Rzadko wychodził poza tematy miłości i samotności (czy muszę dodawać, że wielkim admiratorem jego twórczości był Tomasz Nosferatu Beksiński?), ale pisał frapująco, przejmująco i bardzo szczerze. I barwę głosu też miał taką – bez kompromisów, śpiewał sobą na całego. I jeśli Johny Rotten nienawidził artrockowego rozbuchania, to być może muzycznie właśnie Van Der Graaf Generator podszedłby mu najbardziej. Chyba że ma uczulenie na patos w głosie – bo z kolei w tej mierze mało kto Hammillowi podskoczy.

Kwestionariusz:

1. Najlepszy moment: “Pioneers Over c”
2. Najgorszy moment: Ale z tym saksofonem to jednak mogliby poluzować.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Tekst do “Pioneers...” to czysta opowieść science-fiction. Pamiętacie ze szkoły, co oznacza c?
4. Skojarzenia muzyczne: Najbliżej im do Crimsonów.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Od lotu w Kosmos, po zamykanie się w domu bez drzwi. Albo i bez klamek.
6. Ciekawostka: Swego czasu jako dźwięk dzwonka w telefonie miałem ustawiony riff do “Iron Man”, a jako sygnał przychodzącego smsa riff do “21st Century Schizoid Man”. Główny motyw saksofonu w “Killers” jest, wsłuchajcie się, swoistym połączeniem tych dwóch. Przypadek?
7. Na dokładkę okładka: Więcej fiction niż science.

niedziela, 22 lutego 2015

90. Pippin: Queen, A Kind of Magic


Ocena: * * * 1/2

Gdy byłem dzieciakiem i znałem trzy utwory Queen na krzyż (załóżmy, że były to ”Radio Ga Ga”, „I want to break free” i „A kind of magic”, doznałem niemałego rozbawienia, czytając list w jakimś piśmie muzycznym lub młodzieżowym. Autor pisał mianowicie, że poszukuje na wymianę płyt zespołów hardrockowych – Deep Purple, Queen, Budgie i coś tam jeszcze. Budgie nie znałem, Deep Purple jak najbardziej kojarzyłem, ale Queen? Jaki hardrock, co to za głupie żarty? Przecież Queen to taki melodyjny poprock z syntezatorami. Nabrałem zatem własnego zdania o wiedzy i zorientowaniu autora listu i wróciłem do swoich zajęć.

Musiało minąć kilka lat, zanim zrozumiałem, że pod względem stylistyki były co najmniej dwa Queeny. Ten bardziej hardrockowy z lat siedemdziesiątych i ten bardziej komercyjny z następnej dekady. Plus jeszcze wybryk w postaci „Innuendo”. Z płyt „drugiego Queen” „A Kind of Magic” jest chyba najlepsze – kompozycje są ciekawsze, a aranżacje bardziej wyrafinowane niż na poprzednich dwóch, dość kiepskich, płytach.
Musiało minąć kolejne kilka lat, zanim zrozumiałem, że Queen był jednak jeden. I że w jakie stylistyczne rejony by nie brnął, cechy charakterystyczne miał zawsze te same. I to, może i popowo-plastikowe, „A Kind of Magic” wszystkie te cechy posiada. Bo „One vision” ma porządny riff, utwór tytułowy charakterystyczne wielogłosy i harmonie wokalne, „Who wants to live forever” natchnioną solówkę gitarową Briana, bo „Princes of the Universe” to wiązanka kilku wątków i zmieniających się tematów, niczym na „Nocy w operze”, a „Friends will be friends” to na pewno nie jest poziom „We are the champions”, ale należy do tego samego podgatunku stadionowych hymnów. Queen nie zmieniał ducha, zmieniał tylko środki wyrazu. Jasne, pomysły miewał lepsze i gorsze. Na tej płycie stoi pośrodku. Są wzloty („Who wants to live forever”), są utwory co najmniej dobre (tytułowy), są przeciętne („One vision”), są i słabe. Najbardziej przeszkadza nie słabość kompozycji, tylko dyskotekowo-popowe aranżacje. Ale cóż poradzisz, takie były czasy, a chłopaki nie zamierzali ignorować nowinek i popularnych brzmień.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Nagła zmiana wokalisty, czyli kontrast między pierwszą a drugą zwrotką „Who wants to live forever”.
2. Najgorszy moment: „Don't lose your head”.
3. Analogia z innymi elementami kultury: „One vision” z jakże znajomym wersem „I had a dream” nawiązuje do przemówień i poglądów Martina Luthera Kinga.
4. Skojarzenia muzyczne: Przede wszystkim Queen, a oprócz tego MTV i hity lat osiemdziesiątych.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wiecie, nic specjalnego – obcinanie głów w podziemnym garażu, ganianie po szkockich łąkach, Sean Connery z wąsami.
6. Ciekawostka: Gdy byłem mały, ale kojarzyłem już coś tam z języków angielskiego i niemieckiego, byłem przekonany, że tytuł tego albumu oznacza „magiczne dziecko”.
7. Na dokładkę okładka: Wszystko fajne i śmieszne, ale najbardziej Freddie, który jako żywo przypomina Jacka Cygana.

wtorek, 20 stycznia 2015

89. Pippin: Mission Of Burma, Vs.


Ocena: * * * * 1/4

Na dzień dobry oddajmy głos polskiej Wikipedii: Ścisłe zdefiniowanie pojęcia post-punk jest niemożliwe. Dodatkowy problem sprawia rozgraniczenie post-punka od nowej fali.
Nie ukrywam, że sam mam z tym rozróżnieniem problem, co nie zmienia faktu, że gatunek (gatunki) ten sprawia mi radość wielką. Dla własnych potrzeb, choć nie z własnego pomysłu, zwykłem ów zbiór postpunku z nową falą nazywać eterem, od tytułu jednego ze sztandarowych utworów jednej ze sztandarowych grup nurtu. Skoro wkroczyliśmy poniekąd na grunt chemii, zastanówmy się, jakich składowych należy użyć, by uzyskać eter o odpowiednim nasyceniu i mocy.
Weźmy więc pesymizm Joy Division, melancholię późniejszego The Cure, melodie Buzzcocks, literackie ambicje The Fall, bas Public Image Ltd., gitarę Television, bębny Gang Of Four i zobaczmy, co nam z tego wyjdzie.
Nie twierdzę kategorycznie, że wyjdzie właśnie Mission Of Burma, ale pewnie coś w pobliżu. Bo na przykład smutku i doliny tu raczej mało. W powyższej wyliczance celowo pominąłem Wire, do którego chłopaki zdają się przejawiać największe podobieństwo. A jeśli jeszcze do czegoś porównywać – to dość blisko tu do bardziej melodyjnego Sonic Youth, a jeśli chodzi o wokal, to gdybyście mi powiedzieli, że słucham nieznanych archiwów Fugazi, może i bym uwierzył.
Krzywdzące jednakże byłoby określanie Mission Of Burma wyłącznie w odniesieniu do innych wielkich nowej fali. Grupie nie brakowało niczego, a jeśli nie jest dziś wymieniana jednym tchem z tamtymi, to już smutny splot kolei losu. Posłuchajcie „Vs.” - jego brzmienia gitar, jego nienachalnych, ale niezaprzeczalnie chwytliwych melodii, jego motorycznego basu. Bo słuchajcie i zważcie u siebie: jeżeli nie ruszają Was połamane rytmy „Mica”, przebojowość „Fun World” czy niepokój „Trem Two” - być może to tylko kwestia gustu. Ale jest też niebezpieczna, niezerowa szansa, że przyczepiło się do Was podobne uszkodzenie słuchu, jakiego po nagraniu tej płyty nabawił się Roger Miller. 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Fun World”? „Trem Two”? A może jednak „That's How I Escaped My Certain Fate”?
2. Najgorszy moment: Brak dalszej kariery.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Amerykańska alternatywa lat osiemdziesiątych to w ogóle temat na sążnistą księgę.
4. Skojarzenia muzyczne: Eter.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Escaping from Certain Fate.
6. Ciekawostka: Odrodzili się w początku obecnego tysiąclecia, ale nie wiedzieć dlaczego nie nazwali się Mission Of Myanmar.
7. Na dokładkę okładka: Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną.

czwartek, 1 stycznia 2015

88. Pippin: 2014

Numerem jeden roku 2014 w każdej możliwej kategorii są narodziny mojego syna. Tym samym w podsumowaniach kolejnych lat spodziewajcie się u mnie kołysanek, epigonów Fasolek i kolejnych odsłon nieśmiertelnych Smerfnych Hitów. A tym razem poprzestańmy jeszcze na rocku i okolicach.
 
1. Swans – To Be Kind
2. Laibach – Spectre
3. Thurston Moore – The Best Day
4. Mastodon – Once More Round the Sun
5. Kristen – The Secret Map
6. The Afghan Whigs - Do to the Beast
7. J Mascis - Tied to a Star
8. Have a Nice Life – The Unnatural World
9. John Garcia
10. Woven Hand – Refractory Obdurate

11. Pink Floyd – The Endless River
12. And You Will Know Us by the Trail of Dead – IX
13. Einstuerzende Neubauten – Lament
14. Sun Kil Moon – Benji
15. Pixies – Indie Cindy
16. Damon Albarn - Everyday Robots
17. Antemasque
18. Mark Lanegan Band - Phantom Radio
19. Jack White - Lazaretto
20. Robert Plant - Lullaby and... the Ceaseless Roar





poniedziałek, 22 grudnia 2014

87. Pippin: Dziesiąta Muza

Dziś będzie o muzyce w filmie, ale nie o takiej, za którą John Williams dostał milion Oscarów. Będzie za to o piosenkach. O konkretnych scenach, z konkretnymi piosenkami, w konkretnych filmach. Które mogą wzruszać, śmieszyć, straszyć – a na pewno zostawać w pamięci. W moim przypadku – dużo mocniej, niż rzeczony John Williams.


Yesterday (1985) – The Beatles „Love me do”
Trochę się tym razem musiałem nagimnastykować, żeby zacząć od Beatelsów, bo tym ruchem skasowałem kilkadziesiąt lat historii kina (a przecież mogłem olać zwyczaj i zacząć choćby od „Somewhere over the Rainbow”). Ale mniejsza. Studniówka, na którą Paweł wejść nie może i stojąc pod bramą szkoły nagle dostrzega Anię i prosi ją do tańca – gdyby film kończył się tą sceną, a nie wezwaniem na rozprawę rozwodową, miałby dziesięć gwiazdek. A tak ma tylko dziewięć z dużym ułamkiem.
(Inna konkurentka z tego filmu to oczywiście scena z „She loves you” w Radiu Luxemburg, ale tam negliż jest.)

Powrót do przyszłości (1985) – Huey Lewis and The News „The Power of Love”
Z tego filmu oczywistym wyborem wydawałoby się „Johnny B. Goode” (i telefon do Chucka Berry'ego), ale zdecydowałem się na inny. Tym razem żadna tam pomnikowa scena. Po prostu ten kawałek zawsze wpędza mnie w dobry nastrój.

Labirynt (1986) – Dawid Bowie „As the World Falls Down”
Jeden z filmów mojego dzieciństwa, byłem ze trzy razy w kinie Szarotka. I chociaż wtedy nie kochałem się jeszcze w Jennifer Connelly (dziś też już się w niej nie kocham), ani nie lubiłem balladek, ten dziwaczny bal hipnotyzował mnie za każdym razem.

Niebo nad Berlinem (1987) – Nick Cave and The Bad Seeds „The Carny” / „From Her to Eternity”
Tu się spotkali po raz pierwszy, gdy anioł przestał być aniołem. A oprócz tego – taką mam w głowie wizję Berlina, jego ponurego klimatu i jego klubów muzycznych okresu zimnej wojny, jaką pokazał mi tu Wim Wenders.

Leon Zawodowiec (1994) – Sting „The Shape of my Heart”
Najbardziej chyba lubię takie sceny (jeszcze o kilku takich dziś przeczytacie), gdy film się kończy, wszystko już zostało powiedziane, a piosenka wszystko puentuje. Piosenka, która zresztą niekoniecznie musi pasować do fabuły, która poza filmem może nawet wydawać się mdła – a tu trafia w punkt. Jak ten Sting, gdy Matylda już posadziła roślinkę.

Zagubiona Autostrada (1997) – Lou Reed „This Magic Moment”
Co tu więcej tłumaczyć? Zobaczył ją po raz pierwszy. This Magic Moment.

Matrix (1999) - Rage Against The Machine „Wake up!”
Wybór z gatunku oczywistych. Fanem Rage Against The Machine specjalnie nie jestem, jednak nie da się ukryć, że z ich muzyką można obalać barykady i robić rewolucję. Tu mamy rewolucję na skalę makro – Neo odkłada słuchawkę, wychodzi z budki i właśnie otworzył ludziom oczy na prawdę o ich świecie. Który już nie jest taki sam. Czy może tu zabrzmieć co innego, niż „Wake up!”? Nawet im daruję zerżnięcie riffu od Zeppelinów.
A czy można też przy ich muzyce robić rewolucję w skali mikro? Można.

Podziemny Krąg (1999) – Pixies „Where is my Mind?”
Jedna z bardziej powalających końcówek w historii kina. Gdy oni stoją, a budynki zaczynają się walić. Jaka piosenka by tu nie zabrzmiała – byłoby dobrze. Niech będą Pixies.

Między Słowami (2003) – The Jesus and Mary Chain „Just like Honey”
I pocałowali się na do widzenia, i każde odeszło w swoją stronę, do swojego życia...

Strażnicy (2009) – Bob Dylan „The Times They are a-changing”
Było dużo zakończeń, więc przewrotnie zakończmy początkiem. Czołówka przypomina minioną chwałę grupy suberbohaterów, a Dylan niepowtarzalnym głosem przypomina, że czasy się zmieniają.

niedziela, 14 grudnia 2014

86. Pippin: Collage, Moonshine



Ocena: * * * *

Można zacząć teorią, że tak jak Kometa Halleya co 76 lat wpada złożyć nam wizytę, tak i mniej więcej co dekadę odżywa w Polsce moda na art rock tudzież rock progresywny. Oczywiście jest masa ludzi, która słucha go na co dzień oraz (jeszcze większa?) masa, która ma go głęboko i żadna moda im niestraszna. Jednakże spora grupa z tych pośrodku w odstępach dziesięcioletnich sprawia, że nurt ów zyskuje na popularności. Około roku 1974 mieliśmy więc modę na Genesis, dziesięć lat później modę na, jakże sprawne i pomysłowe, ale wtórne wobec wspomnianych, Marillion. A gdzieś w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych padło na Collage.
Dlaczego właśnie na nich? Dlaczego w latach 94-95 spotkać można ich było wszędzie? Dlaczego zarówno redakcja „Tylko Rocka”, jak i spore grono jego czytelników do dziś uważa „Moonshine” za jedno z największych arcydzieł polskiego rocka? Samą modą chyba się tego nie wytłumaczy. Coś w tym Collage musiało być. Tylko co?
Hipoteza pierwsza – grali jednak gatunek w polskiej muzyce na szeroką skalę wciąż nieobecny. Ambitniejsze próby Skaldów raczej nie znalazły większego posłuchu, SBB to trochę inne klimaty, a Exodus ledwie błysnął, to zaraz zniknął. Hipoteza druga – wydawali się brzmieć bardziej światowo, bo nowy wokalista Amirian śpiewał po angielsku i to wcale nieźle, w owym czasie na polskiej scenie z jego angielszczyzną równać się mogła chyba tylko Bartosiewiczka.
Niemniej chyba mimo wszystko skala popularności zadziwia. Bo ja tu o art rocku, o Genesis, ale nie szukajmy kawałków w stylu „Watcher of the Skies”, że o „Supper's ready” nie wspomnę. Bo Collage nie tyle kopiowało Genesis, ile wzięło z nich kilka, niekoniecznie najlepszych, cech. Mianowicie melodie, klawiszowe pasaże (nierzadko z orkiestrowym rozmachem) i długość kompozycji. I tyle? I tyle. Momentami aż chce się wziąć nóż i samemu poskracać utwory, momentami szlag trafia, dlaczego ta solówka tyle trwa, skoro składa się w kółko z tego samego, momentami od słodyczy i ciepła w głosie Amiriana robi się niedobrze. A jednak. A jednak coś w sobie mieli i tym czymś polską (i nie tylko!) publiczność kupili. W sumie sam całkiem lubię ten album.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: „Living in the Moonlight”.
2. Najgorszy moment: Długość solówek i inszych fragmentów instrumentalnych.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Beksiński jeden i drugi.
4. Skojarzenia muzyczne: Genesis, Yes, Marillion.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Natchnione marzenia o naprawianiu świata.
6. Ciekawostka: Kolejnym rozdziałem mej teorii o modzie powracającej co dziesięć lat jest oczywiście Riverside. A następny powinien dziać się właśnie teraz – widzicie jakieś propozycje?
7. Na dokładkę okładka: Autora idzie rozpoznać od razu. Na kolejnej (i ostatniej w dorobku) płycie „Safe” zresztą też.

niedziela, 16 listopada 2014

85. Pippin: Kristen, The Secret Map


Ocena: * * * * ¼
 
Na płycie „The Secret Map” jest pięć utworów i każdy z nich, słuchany z osobna, dałby ci inne pojęcie o zawartości albumu.
Czy dlatego, że każdy jest z innej bajki? Trochę tak. Czy tym samym mamy do czynienia z kapelą, która nie ma na siebie pomysłu albo pomysłów owych ma za dużo i lawiruje między nimi, ile wlezie, co chwilę zmieniając stylistykę i grając co popadnie? Absolutnie nie. Propozycja Kristen jest zdecydowanie... może nie jednorodna, ale na pewno spójna. Łapiesz te tropy na prawo i lewo – jakiś ambient, postrock czy klimaty spod znaku „Kid A”, a nawet jakieś echa muzycznych tematów z westernów w pierwszych dwóch utworach, nagle dziarski, niemal funkowy przebój ze zwrotką i refrenem, w międzyczasie miga shoegaze, a na koniec jakby Ścianka czy spokojniejsze Sonic Youth – a wszystko nad podziw trzyma się kupy. Aż dziw bierze, że dotąd nazwa Kristen nawet nie obiła mi się o uszy, bo nie dość, że to żadni debiutanci, to jeszcze jawią się, jako zespół bardzo dojrzały i świadomy obranej drogi. Nie próbujmy na siłę robić z chłopaków odkrywców Ameryki – nie przecierają nowych szlaków w muzyce, niczego nowego nie wynaleźli, słuchając „The Secret Map” będziesz miał milion skojarzeń, gdzie i u kogo już podobne dźwięki słyszałeś, ale pożenione jest to wszystko z wdziękiem i pomysłowością. Wolę te dłuższe fragmenty instrumentalne, głos wokalisty Bieli jest nieco zbyt ciepły, ale płyta zdecydowanie daje radę po całości. Mogę sobie tylko wyobrażać (kto by tam szukał filmików w sieci), że koncert potrafi dopiero być prawdziwą ucztą. Będę wypatrywał afiszy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Utwory instrumentalne, co nie znaczy, że wokal jakiś wybitnie zły.
2. Najgorszy moment: Wokal, ale nie przesadzajmy z tą najgorszością.
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Endless Happiness” na koniec płyty nie może nie skojarzyć mi się z „Endless Nameless” na koniec innej płyty.
4. Skojarzenia muzyczne: Ścianka, Lenny Valentino, Sonic Youth, Radiohead.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Każdy utwór do czego innego.
6. Ciekawostka: http://thesecretmap.fr/
7. Na dokładkę okładka: Pobrzmiewa „Unknown Pleasures”.

sobota, 1 listopada 2014

84. Pippin: John Coltrane, Lush Life


Ocena: * * *
 
Że mam problem z pisaniem o jazzie – już wspominałem. Ale problem ów jest głębszy. Nie jest on bowiem problemem z pisaniem o jazzie, tylko problemem z analizą jazzu. Z rzetelnym (albo i nie), rozumowym, analitycznym rozłożeniem na czynniki pierwsze muzyki spod znaku, dajmy na to, Coltrane'a. Gdy brak prostych struktur kompozycyjnych (i to niekoniecznie spod znaku zwrotka-refren), gdy tak wielką rolę pełni improwizacja – jak to zbadać, jak to zmierzyć? Jak racjonalnie wytłumaczyć, że „Kind of Blue” Milesa to album dziejowy? Czym różni się on dla laika od milionów innych jazzowych propozycji? Siedzi gość i napieprza w trąbkę (saksofon, klarnet itp.), sekcja rytmiczna czasem jest, czasem jej nie ma... I tyle. Przecież ten jazz to wszędzie jest taki sam.
Taki Coltrane na ten przykład to w samym 1961 wydał cztery płyty. I to „oficjalne”, a „Lush Life” nie do końca do takowych należy. Jak to tłumaczyć? Że gość wydaje wszystko, co tylko spłynie mu spod ustnika? Że każda płyta inna, o czym innym i w innym stylu i pokazać ją ludziom trzeba? „Lush Life” posklejano z trzech różnych sesji Coltrane'a i zaprzyjaźnionych (stop – czy ja tam zresztą wiem, czy faktycznie zaprzyjaźnionych?) muzyków (na każdej sesji innych) na przestrzeni ośmiu miesięcy i to kilka lat wcześniej. Ale czy słyszycie różnice? Dla mnie równie dobrze mogliby to nagrać w godzinę na żywo (na setkę, jak to mówią w rocku). Stanąć w studiu czy knajpie, wpaść w ten swój trans i grać. Bo jazz nieodmiennie kojarzy mi się z transem. Z muzyką nie do analizowania, która płynie w tle i wywołuje takie czy inne emocje – nudę, niepokój, podekscytowanie, przytłoczenie, relaksik. Przy „Lush Life” dominuje relaksik właśnie. Podsumowując kilkanaście powyższych zdań – słucha się miło, ale w zrozumiały sposób Wam nie wytłumaczę, dlaczego „A Love Supreme” ma pięć gwiazdek, a „Lush Life” ledwie mocne trzy.
 
Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Sobotnie popołudnie.
2. Najgorszy moment: Poniedziałkowy poranek.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Ładnie Wam to wytłumaczy strona jazzstandards.com. Historia utworu (wcale nie autorstwa Coltrane'a), najbardziej znane wersje, wykorzystanie w filmach itp.
4. Skojarzenia muzyczne: Czy pod koniec „Trane's slow Blues” nie miga Wam jakby „Kiedy byłem małym chłopcem”?
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Sobotnie popołudnie.
6. Ciekawostka: Simpsonowie mieli kota o imieniu Coltrane.
7. Na dokładkę okładka: Nie ominął go w życiu okres posiadania pod nosem, jak to nazywa kumpel, gnoja.

czwartek, 16 października 2014

83. Pippin: Mikołaj Trzaska, Rafał Mazur, Balázs Pándi, Tar & Feathers













Ocena: * * 1/2

O czym tu pisać?
Jazz, zwłaszcza tak zwany free jazz, to zjawisko, którego nie tyle nie rozumiem, co nie potrafię analizować. Słucha się – i albo cię bierze, albo nie. I nie ma tu miejsca na mądre wywody i rozkminkę. Więc, powtarzam, bierze albo nie. Tym razem mnie nie wzięło.
Nazwisko Mikołaja Trzaski nie jest mi oczywiście obce, ze znajomością twórczości już gorzej. Być może zaczynanie naszej znajomości od tej płyty nie było szczęśliwym trafem, ale stało się. Póki co się nie polubimy. Usłyszałem kilka nie najkrótszych, rozimprowizowanych utworów, które ciężko od siebie odróżnić. Które praktycznie bez wyjątku składają się z czujnej, interesującej sekcji rytmicznej i wyrzuconego na pierwszy plan saksofonu, bądź instrumentów pokrewnych. Saksofon ów nie gra zaś miłych, pościelowych melodyjek spod znaku „Lily was here” czy „Your latest trick”, lecz atakuje uszy dźwiękami na pozór atonalnymi, piskliwymi, amelodyjnymi i drażniącymi. Jasne, tak grać też trzeba umieć, nie mam zamiaru wierzyć, że owe dźwięki są czysto przypadkowe. Lecz podobne granie, zwłaszcza w takiej ilości zupełnie do mnie nie trafia. Może wkręciłbym się w trans na koncercie (a może uciekłbym po kwadransie – kto wie?), ale na słuchanie z płyty nie mam siły. W zupełności zadowoliłbym się jednym utworem – dowolnym, bo różnice między nimi niewielkie.
Zatem dwie i pół gwiazdki za sekcję rytmiczną. A resztę zostawiam znawcom, sympatykom i koneserom.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jako się rzekło, perkusja i bas.
2. Najgorszy moment: Reszta.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Muzyki tej nie zanalogizuję.
4. Skojarzenia muzyczne: Taki drażniący saksofon pojawia się na berlińskich płytach Bowiego, z tym że raczej atakuje pojedynczymi dźwiękami.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wojna podjazdowa z sąsiadem.
6. Ciekawostka: A wiecie, że u Węgrów „s” czyta się „sz” i odwrotnie?
7. Na dokładkę okładka: Bruk?

wtorek, 30 września 2014

82. Pippin: Lady Pank, O dwóch takich, co ukradli Księżyc


Ocena: * * * ¾

Z Lady Pank jest, w skrócie mówiąc, tak: są bezgraniczni fani, są tacy, którzy cały dorobek zespołu odrzucają z niesmakiem, są wreszcie ci, którzy wysoko cenią debiutancką płytę, a resztę, może poza pojedynczymi kawałkami, ignorują jak leci. Pierwsze dwie grupy można sobie odpuścić, bo są twardo okopane na swoich pozycjach, a tym trzecim warto przypomnieć – prócz debiutu istnieje jeszcze jeden album wart uwagi. 
Przedziwna to płyta. Raz, że wydawana na raty na przestrzeni prawie trzech lat. Dwa, że firmowana nazwą zespołu, ale nagrana w zasadzie tylko przez Borysewicza i Panasewicza. Trzy, że zawiera muzykę do filmu animowanego. Film sobie dziś darujmy, kto chętny – niech obejrzy, acz kreska jest dość dziwaczna.
A muzyka? Nie odbiega specjalnie od znanego z wcześniejszych płyt oblicza zespołu, choć zdarzają się też utwory instrumentalne – te można podzielić na dwie grupy: czysto ilustracyjne („Matka”) i te, które można by zapodać i bez obrazka (dajmy na to „Lawina”). Czyli mamy trochę zrzynki z The Police, trochę z Dire Straits, a trochę zgrabnego poprocka. I nawet jeśli uznamy, że taka to sobie muzyczka, która leci sobie przyjemnie, by po chwili wypaść drugim uchem, to jedno podnosi jej wartość – teksty. Żadna tam wielka poezja, ale zaskakująco trafione historie ni to bajkowe, ni to dziecięce, ni to surrealistyczne. Weźmy najsłynniejsze „Marchewkowe pole” - popularność ma toto może i nadmierną, ale czy ta wizja rosnących wokół ciebie przeogromnych marchwi nie ma swojego uroku? A pozytywne życiowe rady dla braci w „Dwie głowy, dwie szyje” i „Kto przygód zna smak”? A pochwała domu w „Każdy kij ma dwa końce”? Wreszcie, pociągająca każdego zmęczonego marzyciela, „Wędrówka” z pytaniem: Czemu nas tam nie ma? Zdarzają się i rymy częstochowskie, bywa, że niemal żenujące (mój ulubiony: Od Panamy aż do Gruzji / życie sztuką jest iluzji), ale nie psują dobrego wrażenia.
Najjaśniejsze punktu albumu? Krótkie, szybkostrzelne numery „Awantura” i „Dwuosobowa banda”, z łobuzerskim śpiewem Panasewicza, predestynującym go wręcz do obsadzenia go w jednej z głównych ról w filmie. Wspomniana „Wędrówka”. Kapitalna jest też pozafilmowa, dołączona do niektórych wydań bonusowo „Rysunkowa postać”. A przede wszystkim „Ktoś ukradł Księżyc”. Z nie do końca jasnych przyczyn zawsze poprawia mi humor. W ogóle cała płyta jest jednym z pierwszych moich muzycznych lekarstw, gdy smutno i źle. Jak śpiewał Lechu: Bądźmy dziećmi jeszcze raz!

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: W nocy wszystko jest na czarno...
2. Najgorszy moment: Film.
3. Analogia z innymi elementami kultury: No wiecie, był też ten film z Kaczyńskimi.
4. Skojarzenia muzyczne: Raczej „Kryzysowa narzeczona”, niż „Dziewczyny dzisiaj z byle kim nie tańczą”.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Patrz przedostatnie zdanie tekstu głównego.
6. Ciekawostka: Jak dzwonię w pracy do działu handlowego i mnie do kogoś przełączają, to automat gra melodyjkę łudząco podobną do głównego motywu w „W drogę... do krainy leniuchów”.
7. Na dokładkę okładka: Próbka talentu twórców filmu. No ale dzieciom się chyba podobało.

wtorek, 23 września 2014

81. Pippin: Does Humor Belong in Music?

Pobieżny rzut oka na, nawet szeroką, listę moich ulubionych kapel i odnalezienie na niej wesołków pokroju Joy Division, The Cure, Radiohead czy innych Alice In Chains jasno zasugeruje, że w moim przypadku odpowiedź na pytanie postawione w tytule mili raczej pozytywna nie będzie. Tymczasem nie jest aż tak czarno. OK, jestem z tych, co to muzykę raczej wolą Przeżywać, Doświadczać i Odczuwać – ale pozamuzyczne poczucie humoru mam, jak sądzę, niezgorsze, więc jak ktoś inteligentnie i zabawnie czymś przyłoży, to czasem łaskawie zaakceptuję. Poniżej dziesięć losowych przykładów.

The Beatles – Glass Onion (1968)
Chłopaki z Liverpoolu poczucie humoru mieli niezmierzone. Dowody można mnożyć – wczesne wywiady, filmy, żarty czysto muzyczne... Ja wybieram autoironiczne „Glass Onion”, prztyczek w stronę niestrudzonych badaczy twórczości The Beatles (Well, here's another clue for you all – the Walrus was Paul).

Monty Python – Decomposing Composers (1980)
Jak humor – to Monty Python. A że panowie, prócz robienia filmów, również nieźle śpiewali, miejsce na liście mają bez problemu. Weźmy „Decomposing Composers”, w którego końcówce mamy piękny przegląd synonimów pożegnania się z tym światem. Alternatywną propozycją może być recytacja rozpoczynająca pieśń o Oliverze Cromwellu (The most interesting thing about King Charles, the First is that he was 5 foot 6 inches tall at the start of his reign, but only 4 foot 8 inches tall at the end of it).

Klaus Mitffoch – cała, jakże krótka, twórczość, ale niech będzie „Siedzi” (1985)
Cała płyta i pozapłytowa twórczość Mitffocha przesiąknięta jest inteligentnym czarnym humorem, nie tylko słownym. Weźmy chórki w „Powinności kurdupelka”, pieśń „Śpij, aniele mój”, wreszcie poetyckie przedstawienie dylematów metafizycznych w tekście „Siedzi”. Z frazą Nie wiem, a chciałbym wiedzieć (w informacji też nie wiedzą), dokąd zmierza świat.

Bielizna – Kołysanka dla narzeczonej tapicera (1989)
Wgląd w specyficzny humor Jarka Janiszewskiego i Bielizny dają już tytuły piosenek - „Dwóch wchodzi, a jeden wychodzi”, „Prywatne życie kasjerki PKP”, czy moja ulubiona „Krótka przygoda z człowiekiem, który obiecywał wykładzinę podłogową”. Należy jednak dostrzec, że za tym wariactwem kryje się niemały talent. Bo czyż wsłuchawszy się w „Kołysankę dla narzeczonej tapicera”, nie znajdziemy tam przede wszystkim pięknej piosenki miłosnej?

Dread Zeppelin - Immigrant Song (1990)
Cały pomysł na ten zespół to był jeden wielki wygłup. Rege szczerze nie znoszę i tym bardziej powinienem się zżymać, gdy mi ktoś na rege przerabia jeden z ulubionych zespołów. A tu proszę, uśmiałem się po pachy.

Ugly Kid Joe – Heavy Metal (1991)
Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. (…) - Na n? - rzekł Klapaucjusz. - Dobrze. Niech zrobi naukę.
Maszyna zawarczała i po chwili plac przed domostwem Trurla wypełnił się tłumem naukowców. Wodzili się za łby, pisali w grubych księgach, inni porywali te księgi i darli je na strzępy, w dali widać było płonące stosy, na których skwierczeli męczennicy nauki, tu i ówdzie coś hukało, powstawały jakieś dziwne dymy w kształcie grzybów, cały tłum gadał równocześnie, tak że słowa nie można było zrozumieć, od czasu do czasu układając memoriały, apele i inne dokumenty, w odosobnieniu zaś, pod nogami wrzeszczących, siedziało kilku samotnych starców i bez przerwy maczkiem pisało na kawałkach podartego papieru.
- No co, może złe?! - zawołał z dumą Trurl. - Wykapana nauka, sam przyznasz!
Ugly Kid Joe, zapomniana dziś gwiazdka początku lat dziewięćdziesiątych, startując z podobnych pozycji, w niespełna pół minuty opisali heavy metal.

Acid Drinkers – Seek and Destroy (1992)
Acid Drinkers, mimo że są solidną mocną metalową kapelą, żarty stroją sobie już od ponad dwudziestu lat. Jedne lepsze, inne gorsze, ale pomysłów im nie brakuje. Wybieram pierwszy, który mnie ujął – Metallikę zagraną na flamenco. A dodatkowo Bartosiewiczka udaje Janis.

Big Cyc – Przemówienie Lecha Wałęsy na zjeździe hodowców trzody chlewnej (1995)
Mógłbym chyba nawet się założyć, że w sondzie wśród tak zwanych przeciętnych Polaków na hasło „humor w muzyce” Big Cyc pewnie by wygrał. Humor Big Cyca, często przyciężki i siermiężny miewa czasem piękne wzloty na szczyty absurdu. Jak w tym utworze – który nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie tytuł.

Kazik – DJ Killer (1999)
Częstym zjawiskiem jest wypełnianie płyty różnego rodzaju gadanymi przerywnikami. Zazwyczaj przestają one śmieszyć po trzech – czterech przesłuchaniach i albo słuchasz, bo musisz, albo przewijasz. Na”Las Maquinas de la Muerte”, płycie o dość mocnym ciężarze tekstowym, wstawki takie robią tym bardziej dyskusyjne wrażenie. A jednak ta próba wywiadu dla miesięcznika „Gang” śmieszy mnie niezmiernie do dzisiaj.

Artur Andrus – Glanki i pacyfki (2012)
Jest wreszcie tak zwana piosenka kabaretowa, od której zasadniczo trzymam się z daleka. Z kabaretowego getta co i raz próbuje uciec Artur Andrus, nagrywając utwory, które ochoczo, z uporem godnym lepszej sprawy, na prawo i lewo promuje radiowa Trójka. I mimo że humor Andrusa niezbyt do mnie trafia, w każdej z tych piosenek z radosnym zdziwieniem odnajduję zazwyczaj jeden wers absolutnie w swym humorze doskonały. Niezłym przykładem jest Syn studiuje medycynę, martwię się tym moim synem – nie osiągnął nic. Ale ponad wszystkie wyrasta fragment tego, w sumie mało ciekawego, utworu: Mój dziadek był też skinheadem na zamku w Szczecinie.

niedziela, 31 sierpnia 2014

80. Pippin: Jesus Lizard, Down












Ocena: * * * ¾

Przyznam się bez bicia – jakoś tak się uchowałem, że przez te dobre dwadzieścia lat Jesus Lizard znałem głównie z nazwy. Znaczy coś tam słyszałem - „Liar” i „Goat” może nawet kiedyś przypadkiem i w całości, ale mówić o choćby pobieżnej znajomości nie ma co. Nawet myślałem, że ich nazwa ma w sobie spory ładunek prowokacji, a tu się okazuje że proszę – może nawet i ma, ale wzięli ją od poczciwego basiliscus plumifrons. Tym samym „Down” można uznać za pierwszy mój porządny kontakt z kapelą. I jak?
A dziękuję, dobrze. Zwolennicy gitarowego hałasu powinni być więcej niż usatysfakcjonowani. Chociaż w pierwszej chwili słychać nie gitarę, lecz sekcję rytmiczną. Przede wszystkim ten bas – pierwsze skojarzenie: Faith No More. Bardzo podobne brzmienie. A gdzie bym ulokował gitarę? Przede wszystkim w okolicach dwóch kapel z czernią w nazwie – Black Flag i Big Black. I ci drudzy nie powinni dziwić, za dźwięk na wszystkich najważniejszych płytach Jesus Lizard odpowiada bowiem sam Steve Albini i właściwie ta informacja powinna już wystarczyć do pobieżnego wyobrażenia sobie muzyki na „Down”. Głośno, ostro, wściekle, ale też ze sporym ładunkiem luzu i... Chciałoby się napisać „melodyjności”, niestety się nie da. O ile w zamyśle kawałki może i są swoiście melodyjne, o tyle zamysł ów w zarodku zabija David Yow. Nie jest złym wokalistą, o nie – natomiast ma specyficzny styl podawania tekstu, ni to bełkot, ni to krzyk, ni to (w ostatniej kolejności) śpiew. Na własne potrzeby uznam, że patent ów powinien nazywać się identycznie, jak nazwisko śpiewaka, ono mówi nam wszystko.
Cieszę się zatem, że się z muzyką Jesus Lizard wreszcie bliżej zapoznałem. I pewnie prędko (ponownie?) sięgnę po, słynniejsze i uważane za lepsze, „Liar” i „Goat”. Jak to kiedyś krzyczał Malejonek: Więcej nojzu!


Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment:
The Associate.
2. Najgorszy moment: Dlaczego nie słuchałem ich w ogólniaku?
3. Analogia z innymi elementami kultury: „Fly on the Wall” to też płyta AC/DC i to raczej słaba.
4. Skojarzenia muzyczne: Złote lata amerykańskiego hardcore.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Do usypiania dziecka nie pasuje, sprawdziłem.
6. Ciekawostka: Pięć dni temu płycie stuknęła okrągła dwudziestka.
7. Na dokładkę okładka: Pies to częsty motyw na okładce rockowej płyty. Ten ma przynajmniej wszystkie nogi.





niedziela, 3 sierpnia 2014

79. Pippin: Group Bombino, Guitars from Agadez, vol. 2


Ocena: * * * 1/2

- Muzyka z Afryki?

- Fela Kuti.

- Dobra, inaczej – muzyka z pustyni?

- Kyuss, Queens of the Stone Age.

Czyli Bombino nie znasz, a przecież chłop nawet w Stodole w zeszłym roku grał. Nic się nie orientujesz – a warto. Już sama biografia to temat na sążnistą opowieść: gość ze środka Sahary, rdzenny Tuareg, zwiewa z rodziną do Algierii, od wujka dostaje gitarę i bawi się nią, pasąc trzodę. Naoglądał się następnie Hendrixa i Zeppelinów i stwierdził, że też tak chce.

I naprawdę nie ma śmiechu. Kolega Bombino zapodaje propozycję na poziomie, cieszy ucho, nie ma żadnej wsi ani kpin. Pierwsza, akustyczna część „Guitars from Agadez, vol. 2” to nadspodziewanie porządne bluesy. Bluesy, które nie są ani wtórne wobec tych amerykańskich z werandy, ani nie są od nich inne, osobne, korzennie afrykańskie. Brzmią po prostu autentycznie, brzmią, za sprawą tekstów w języku tamaszek odpowiednio tajemniczo, a klimatu dodają odgłosy i rozmowy w tle – czujesz się, jakbyś wlazł na jakiś pustynny bazar, a przygrywający w kącie Bombino jest tylko jednym ze składników jego kolorowego folkloru. Przed oczami stają wszystkie możliwe skojarzenia literacko-filmowe – „Lawrence z Arabii”, „Babel”, „Tajemnice Sahary”, „W pustyni i w puszczy nawet” – wszystko pasuje. A wiesz, że samo posiadanie gitary w niektórych krajach pustynnych było przestępstwem?

Przy elektrycznej części płyty czar trochę pryska. Niech sobie brzmienie będzie byle jakie, ale ucieka gdzieś ten tajemniczy nastrój, ta chęć wzięcia plecaka i złapania stopa choćby do Maroka. Mimo że akustyczny blues bliski był ”naszego bluesa”, to jednak wciągał. A elektryczny (to oni mają tam prąd?) blues rock też jest bliski naszemu, ale, poza językiem tekstów, jest jakiś taki…. Bardziej zwyczajny. Ale spójrzmy na to tak – to podobno koncert nagrany na weselu, a do kotleta nie zawsze gra się prosto z serca.


Kwestionariusz: 

1. Najlepszy moment: Akustyka.

2. Najgorszy moment: Elektryka.

3. Analogia z innymi element kultury: Sahara, a dalej ciągnijcie sobie sami.

4. Skojarzenia muzyczne: Blues – to z werandy, a na koncercie – bo ja wiem, Mayall?

5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wizyta na targowisku.

6. Ciekawostka: Wiedzieliście, że na pustyni wydobywa się uran? Serio, złoża w okolicach Agadez są jednymi największych na świecie.

7. Na dokładkę okładka: Miewał lepsze – sprawdźcie sobie „Nomad”.