Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 stycznia 2015

88. Pippin: 2014

Numerem jeden roku 2014 w każdej możliwej kategorii są narodziny mojego syna. Tym samym w podsumowaniach kolejnych lat spodziewajcie się u mnie kołysanek, epigonów Fasolek i kolejnych odsłon nieśmiertelnych Smerfnych Hitów. A tym razem poprzestańmy jeszcze na rocku i okolicach.
 
1. Swans – To Be Kind
2. Laibach – Spectre
3. Thurston Moore – The Best Day
4. Mastodon – Once More Round the Sun
5. Kristen – The Secret Map
6. The Afghan Whigs - Do to the Beast
7. J Mascis - Tied to a Star
8. Have a Nice Life – The Unnatural World
9. John Garcia
10. Woven Hand – Refractory Obdurate

11. Pink Floyd – The Endless River
12. And You Will Know Us by the Trail of Dead – IX
13. Einstuerzende Neubauten – Lament
14. Sun Kil Moon – Benji
15. Pixies – Indie Cindy
16. Damon Albarn - Everyday Robots
17. Antemasque
18. Mark Lanegan Band - Phantom Radio
19. Jack White - Lazaretto
20. Robert Plant - Lullaby and... the Ceaseless Roar





88. Azbest: 2014

Rok pański 2014 upłynął względnie bezboleśnie, a choć obyło sie bez większych niespodzianek było czego posłuchać.

Swallowed - Lunarterial
Troszkę mnie te fińczyki zaskoczyły. Wcześniejsze krótkie metraże nie przygotowały mnie na debiutancki długograj. Na pierwszy rzut ucha - oldschoolowy, pierwotnie wręcz brzmiący death. I nim się zorientujemy płuca zaczynają się wypełniać bagiennymi wyziewami. I robi się dziwnie...

Kristen - The Secret Map
Nie ma się co rozpisywać - trzeba posłuchać. Nawet już do tego zachęcałem: http://67mil.blogspot.com/2014/11/85-azbest-kristen-secret-map.html

Primordial - Where Greater Men Have Fallen
Obecność tej płyty na mojej liście to praktycznie formalność. Mam wrażenie, że horda Nemtheangi nawet by nie wiedziała jak nagrać słabą płytę. Dla laików i profanów - ci Irlandczycy od lat już grają metal po swojemu - porywający (ale bez zbytniego patosu) i energetyczny (co nie znaczy agresywny). Warto poznać.

Swans - To Be Kind
Gira robi się nudnie przewidywalny. Co dwa lata wypuszcza na rynek kolejna dobra płytę. A o tej to już nawet pisałem. http://67mil.blogspot.com/2014/06/77-azbest-swans-to-be-kind.html

Protomartyr - Under Color of Official Right
Post-punk, ale żadne tam retro. Rasowe, aktualnie brzmiące granie. A, że z czymś się przyjemnie kojarzy? Trudno z tego czynić zarzut, jeśli płyta taka dobra.
 
Scott Walker + Sunn O))) - Soused
Podejrzewam, że taką właśnie płytę chciał nagrać Lou Reed. Cóż, wyszła mu "Lulu" i zmarł. Tym razem zagrało wszystko - Sunn o))) doskonale sprawdziło się w bardziej piosenkowym materiale, a dla Walkera nietypowe podkłady to chleb powszedni.

Run the Jewels - Run the Jewels 2
Najlepsze tegoroczne rapy. A być tak nie musiało, bo druga płyta, i wydana raptem rok po debiucie sugeruje odcinanie kuponów. Na szczęście nie w tym przypadku. Wydawnictwo nie dość, że dojrzalsze to w dodatku ciekawsze niż jedynka. Aż strach pomyslec co El-P i Killer Mike zmajstrują nastepną razą.

Godflesh - A World Lit Only by Fire
Lata rozłąki. Lata domysłów - "Nagra coś czy ograniczy się tylko do lukratywnych, wspominkowych koncertów?". A potem jeszcze oczekiwanie na gotową płytę i trzymanie kciuków by okazała się słuchalna. I mimo, że jestem fanboyem Broadricka mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że nie zawiódł. Co prawda tym razem Ameryki nie odkrył, ale co najmniej zrehabilitował się za kilka ostatnich Jesu.

Shellac - Dude Incredible
Kolejny jakby powrót, a sytuacja jednak zupełnie inna. Nie było tej spiny, bo w przypadku Albiniego nikt przy zdrowych zmysłach nie zastanawiał się czy plyta będzie dobra. I faktycznie nie jest źle. Może mniej porywająca i bardziej wyluzowana niż poprzednie Shellaki, ale i tak warto posłuchać.

Trzaska, Mazur, Pandi - Tar & Feathers
Czy roczne podsumowanie mogło się obyć bez moich bałwochwalczych zachwytów nad twórczością Trzaski? Nie mogło. A, że płytę już mieliliśmy podrzucę tylko link: http://67mil.blogspot.com/2014/10/83-azbest-mikoaj-trzaska-rafa-mazur.html

Koncertowo tez nie miałem powodów do narzekań, a chwilami miałem nawet powody do zachwytu. Wystarczy wspomnieć fenomenalny koncert Trzaski, Budzyńskiego i Jacaszka albo Swans.

88. Basik: 2014

Właśnie złapałem się na tym, że na płytę roku chciałbym wytypować “Push the Sky Away” Nick Cave’a. Stukam się w głowę, że to było przecież album z zeszłego roku. Nic nie poradzę, że to tak wyborna rzecz. Zmylił mnie oczywiście wspaniały seans „20 000 dni na Ziemi” – przeciągłe echo tego albumu.
Gradacja lepsza – gorsza płyta w poniższym zestawieniu nie ma większego sensu, bo wszystkie prezentowane poniżej albumy to bardzo grube i soczyste rodzyny. Wyróżniam więc zupełnie subiektywnie, bo mi akurat nikt nie wmówi, że Swans jest lepsze od Zappy. 
Przy okazji Swans stwierdzam, że koncertowo ten rok był całkiem satysfakcjonujący. W Łaźni Nowej nie miażdżyli brutalnie jak poprzednio, tym razem było bardziej klimatycznie. Przypadkiem wylądowałem też na północy w Operze Leśnej na totalnym gigu Portishead. I był jeszcze Slowdive (Bogi!) i tańce na Jeri-Jeri pomiędzy jawą a snem koło szóstej nad ranem na ponoć-chujowym-w-tym-roku Offie. Brotzmann w doskonałym składzie na „jesieni żezu”. Rogiński w Cheder a potem impreza z tysiącem śledzi. Działo się i będzie co wspominać.
Tegorocznych płyt wartych polecenia jest na pewno więcej niż ta skromna dycha poniżej. Z metalowych półek – pisaliśmy o Kriegsmachine ale o zacnym powrocie Godflesh "A World Lit Only by Fire" już nie. Powrócił również Shellac, choć bez rewelacji dobrze usłyszeć Albiniego za wiesłem i majkiem. Bardzo dobrze, zdecydowanie lepiej od debiutu wypadł nowy, dynamiczny Philm gniotący ostatnie dokonania Slayera trzema pierwszymi nutkami. W zeszłym roku przegapiłem Vista Chino, w tym nadrobiłem świetną płytą solową Johna Garcii i przybiłem Brantem Bjorkiem. Post-punkowym odpowiednikiem zeszłorocznego New Model Army stał się piękny "Refractory Obdurate" Wovenhand. Stańko płyty w tym roku nie wydał, jego duch natomiast zderza się z krautrockiem w muzyce Innercity Ensemble
Po drugiej stronie tęczy, w krainie pop znalazły się również rzeczy fajne, jak najczęściej grany u mnie w aucie (nie tylko z uwagi na tytuł) „I Love You But I Must Drive Off This Cliff Now” Got a Girl, zatopiony w ukradzionych z Mazzy Star pogłosach "Ultraviolence" Lany Del Rey oraz świetnie wkręcający się "S/T" St. Vincent czy mroczy „Mess” Liarasów
Kwaśną stronę mocy podtrzymuje nadal The Flaming Lips bezczeszczący Beatlesów w sposób, który chyba spodobałby się Lennonowi. Primus zaskoczył najbardziej „Residentsową” płytą w swojej karierze - Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble. Dla równowagi do psychodelicznych odlotów dorzuciłbym 82-letniego Johna Mayalla, który nagrał "A Special Life", swoją najlepszą płytę od wielu lat (czego nie można powiedzieć o jego ziomku Claptonie). 
To tyle w skrócie, bo tego jest naprawdę więcej. Widzimy się prawdopodobnie w przyszłym roku. Wszystkiego dobrego.

Zappa / Mothers - Roxy by Proxy
W końcu doczekaliśmy rozszerzenia „Roxy & Elswehere”. Tamten album był doskonały, ten jest jeszcze lepszy i dołącza do grona najwybitniejszych płyt koncertowych ever. Arf! Arf! Arf!

Swans - To Be Kind
Przejmująca, uzależniająca, mącąca zmysły pozycja. Swans to więcej niż muzyka. To aura, to kompletne środowisko muzyczne. Muzyka totalna, dźwiękowy kosmos.

Lydia Lunch & Cypress Grove - A Fistful of Desert Blues
Wchodzi pod skórę i zostaje na długo. Niepokojąca. Nawiedzona. Lydia Lunch im starsza, tym lepsza. Pilot, kiedyś stwierdził, że mi wystarczy jak laska śpiewa i już się jaram. Coś w tym jest trafnego, tylko laska jest pod sześćdziesiątkę.

Queen - Live at the Rainbow '74
Zawsze czułem głód wydawnictw koncertowych Queen z etapu „bezwąsego” Freddiego. Wykony z ’74 to absolutny czad, moc i potęga. Łącznie z Zappą „Roxy by Proxy” czuję spełnienie.

Pere Ubu - Carnival of Souls
To chyba będzie najbardziej niedoceniona pozycja w tym roku i osobisty „grower”. Płyta zespołu, który zawsze szusował poza głównym nurtem i jest tak do dzisiaj. Płyta eklektyczna, o baśniowo-upiornej atmosferze. Wciąga jak cholera.

Neneh Cherry - Blank Project
Właściwie tylko głos, instrumenty perkusyjne i syntezator. Bardzo oszczędnie, wręcz surowo. Tak jak trzeba. Poza tym laska koło pięćdziesiątki na wokalu, czyli „wszystko jasne, Basik”.

Antemasque - Antemasque
Patrząc na nazwiska tych panów i znając ich przeszłość oczekiwałem albo ostrego pokurwieństwa albo smęcenia. A tutaj zaskoczenie! Chwytliwe jak jasna cholera. Radiowo – przebojowo a przy tym niebanalnie.

Thurston Moore - The Best Day
Teraz już nie musimy płakać po Sonic Youth. Ta płyta ma bardzo dużo z mojego ulubionego okresu SY i siedzi klimatem gdzieś pomiędzy "Goo" a "Washing Machine".

The Raveonettes - Pe'ahi
Jasne, że mało oryginalne i, ze to już wszystko było. Mam jednak sporą słabość do chwytliwego noise popu. A ten jest odpowiednio chwytliwy i hałaśliwy.

Einstürzende Neubauten - Lament
Eksperymentalna i koncepcyjna rzecz, pewnie najlepiej sprawdziłaby się na żywo. Póki co, Blixa omija Polskę i domowy odsłuch musi wystarczyć.

88. pilot kameleon: 2014

Cywilizacja umiera. Cały świat chyli się ku upadkowi. Natomiast muzyka od kilku lat jest u mnie na fali wznoszącej. Nie chodzi bynajmniej o jej konsumpcję, ale o jakość tego, co obecnie powstaje. Jest w czym wybierać, jest czego słuchać i są to płyty bardzo dobre i znakomite. A kto uważa, że jest inaczej jest raczej dziadem, któremu nie chce się szukać czegoś nowego. A w sumie, to co mnie to obchodzi. Jego sprawa.

1. Swans, To Be Kind. Była mila na temat. W międzyczasie miałem przyjemność zetrzeć się z nimi scenicznie po raz trzeci. I nie ma obecnie większego zespołu niż Łabądki.

2. Kristen, The Secret Map. W tym wypadku też zachwycałem się już wcześniej. Dorodny okaz, smakołyk, który wytrzymuje porównania z resztą świata. Przepięknie skonstruowane wydawnictwo, pełne wewnętrznej dynamiki, ukrytego piękna, ładnych piosenek i niesamowitych przestrzeni muzycznych. Na żywo też kruszą.

3. Eyehategod, Eyehategod. Tutaj mocny, wulgarny cios po ryju. Niby wszystko znane, niby drużyna rozpoznawalna, ale tak entuzjastycznie dopierdolili, że aż zakochałem się na nowo. Takie rzeczy trzeba umieć robić.

4. Have a Nice Life, The Unnatural World. Jeśli brakuje ci smutków do leżenia na kanapie, gapienia się w sufit i umierania, bo wszystko ci się już przejadło, to strzel sobie The Unnatural World. Może nie nowa jakość do umierania, ale zacne odświeżenie dołującej klasyki.

5. Kriegsmaschine, Enemy of Man. Czarna polewka. Gęsta, brutalna, swojsko-polska, ale bez cebuli zaserwowana. W sumie pogniewam się, jak następne ich wydawnictwo wyjdzie za te dajmy na to dziesięć lat. Bo wiem, że będzie na takim samym poziomie jak Enemy Of Man.

6. Mondkopf, Hadès. Nieczęsto przyklejam się do takich dźwięków jak te. Tutaj przywarło dość mocno. Ciemny, spalony, smolisty teren z okolic Hadesu. Szoruję i nie odchodzi. I nie odejdzie. Mało znane, a zapoznać się zdecydowanie warto.

7. Innercity Ensemble, II. Przemielenie tradycji krautowej, elektrycznego Milesa, dorzucenie worka własnych dźwięków i zaserwowanie tego na podwójnym albumie, choć przecież wszystko zmieściłoby się na jednym kompakcie. Teoretycznie tak się nie powinno robić. Teoretycznie.

8. Thurston Moore, The Best Day. Długo wałkowałem. Im więcej słuchałem, tym bardziej się podobało. I w sumie to najlepsza rzecz TM od kilkunastu lat. Wliczając w to również dorobek Sonic Youth.

9. Wovenhand, Refractory Obdurate. Brudaskowata amerikana, mocno przysłonięta kapeluszem i mocno wciskająca w fotel. Nie dane mi było widzieć koncertu, ale liczę, że może w tym roku się uda.

10. Antemasque, Antemasque. Omar i Cedric w kolejnym miłosnym uścisku. Tym razem penetrują teren piosenki, wszystko na swoim miejscu, zamknięte w dość zdyscyplinowanych ramach. Liczę, że popełnią jeszcze coś, bo jak zawsze w przypadku projektów tych panów jest potencjał.

Lista rezerwowa: The Austerity Program, Beyond Calculation; Fennesz, Bécs; Godflesh, Decline & Fall; King Buzzo, This Machine Kills Artists; Merkabah, Moloch; Robert Plant, Lullaby and... the Ceaseless Roar; Primus, Primus & the Chocolate Factory with the Fungi Ensemble; Sun Kil Moon, Benji.

A co na scenie najbardziej radowało?
Wszystko wygrał Negative Approach w Fabryce. Półgodzinny koncert, minutowy bis, energia godna dwudziestolatków, zero pauz między utworami. Tak już nikt dziś nie robi. A szkoda. Dalej genialne Kristen w Re. Miało być dobrze, wyszło tak, że nie wiedziałem gdzie przód, a gdzie tył. Wiosną wspaniały koncert w Bombie, gdzie objawiło się trio Trzaska/Rychlicki/Szpura. Trzy kwadranse jazzu. Jazzu? Skąd! Trzy kwadranse absolutu. Jakby kieliszek za kieliszkiem do gardła się pchał. Jak wspomniałem nie zawiedli Swans na festiwalu Unsound. Oni nigdy już nie zawiodą. A na końcu jesienna poezja nieoczekiwanie się objawiła: Marcin Oleś, Jorgos Skolias i Radek Krzyżowski z poezją Kawafisa w Teatrze Słowackiego. 
Wyróżnienia? Trzaska/Jacaszek/Budzyński na Męskim Graniu słuchane z Plant, Shofar w Fabryce Shindlera, Raphael Rogiński w Cafe Cheder i Innercity Ensemble w klubie Re.
Wszystko w Krk, jakby kto pytał.

A w przyszłym roku nowy Bond. "Spectre" się będzie zwać.