Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laura Nyro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laura Nyro. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 grudnia 2012

41. Basik: Laura Nyro, "Eli and the Thirteenth Confession"

Laura Nyro - Eli and the Thirteenth Confession

Ocena: * * *


Dziwnie pisze się o takiej muzyce, podczas gdy za oknem niebo ma kolor asfaltu. Brudny śnieg rozrzucony jest przypadkowo jakby po samobójstwie bałwana przy użyciu wielkokalibrowej spluwy. Ludzie pomykają przez ulicę w poszukiwaniu prezentów świątecznych jak szczury pożywienia. W takich warunkach słuchanie albumu Laury Nyro to szok dla umysłu, serca i wątroby. Pogodny klimat tych piosenek jest bezlitosny. Budująca, optymistyczna aura wykreowana przez cały album to prawdziwe łamanie kołem dla smutasów, mizantropów i ponuraków. Kontrowersyjny i niespodziewany akt agresji na beznadziejny stan umysłu.
Sprawą indywidualna jest odbiór takiej muzyki, gdzie gęsty uśmiech wpychany jest Ci pomiędzy uszy drewnianą warzechą. Bez pytania. Wyobrażam sobie, że ta muzyka może popchnąć do masowej zbrodni, sięgnięcia po broń i ruszenia z nią na pobliskie lodowisko. Piszę tu oczywiście o skrajnościach, ale muzyka na płycie „Eli And The Thirteenth Confession” sama narzuca taki ton.
To chyba działanie jakiegoś patologicznego mechanizmu obronnego odrzuca na wejściu do dźwięków Laury Nyro.  Po usunięciu tej blokady odbiór tej „pornograficznie” radosnej płyty daje sporo satysfakcji. Nastrój piosenek, beztroskość melodii i tekstów może autentycznie zrelaksować, poprawić nastrój. Laura udowadnia, że białasy też potrafią grać soul i swingować z gracją. Niewiele jest tutaj melodii, które można zapamiętać, ale to akurat nie jest wadą albumu. Piosenki są po prostu ulotne i stworzone do absorbowania „tu i teraz”. Mieczem obosiecznym okazuje się głos wokalistki. Rozpiętość natężenia emocjonalnego w jej głosie jest niepodważalnie szeroka. Problem w tym, że z tego szerokiego spektrum korzysta bardzo rzadko ograniczając się raczej do żarliwego, ale też siłowego śpiewania na jednym poziomie. Z całą sympatią dla „Eli…” czasem miałem ochotę wyłączyć ten album. Okrutnie głośna płyta. Fascynująco wypada natomiast gra instrumentalistów, choć wywołuje przemyślenia natury sentymentalnej, że pewna epoka skończyła się i nie powróci nigdy wraz ze swoim warsztatem instrumentalnym i elegancją.  

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: idzie kto szybciej bo „Eli’s Comin'”
2. Najgorszy moment: rozszarpane uszy 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Tytuł płyty może wskazywać na tematy religijne jednak utwór tytułowy to nic więcej niż piosenka o miłości. I dobrze.
4. Skojarzenia muzyczne: Bliźniaczo podobne do Carole King, ta jednak w osobistym rankingu zwycięża. Poza tym skojarzenia w „The Confession” z melodyką używaną przez Joni Mitchell. „Timer” z kolei mógłby być utworem Tori Amos.  
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: czegoś ciepłego, może zupy.
6. Ciekawostka: Jednym z większych przebojów Laury Nyro był „Up On The Roof” napisany przez Carole King.  
7. Na dokładkę okładka: Śliczna. Gdyby tylko dołożyła jeszcze kota jak Carole King na „Tapestry”…

41. pilot kameleon: Laura Nyro, Eli and the Thirteenth Confession



Ocena: ***1/4

Czasem pisanie blogowych recenzji stawia człowieka w niezręcznej sytuacji. Nie jest komfortowo wypowiadać się o stylistyce, którą obchodzi się szerokim łukiem. Niby szanuję, ale słuchać wcale tego nie chcę. A propozycja do tej pory anonimowej Laury Nyro leży właśnie na tych omijanych terenach. Uściślijmy: kobieta na wokalu, a w tle jazzowo-soulowo-gospelowe granie. Tyle w dużym skrócie. Oj, zdecydowanie nie jest to coś, co tygrysy lubią najbardziej.
Odłóżmy jednak na bok upodobania. Głos faktycznie potrafi kopnąć. Nawet takiego sceptyka jak ja. Buja zawijasami, ciepłem, czasem lekko czarną barwą. Największy szok pojawia się w momentach, kiedy słyszę w nim… Kate Bush. Aghhh... Wracając do Laury Nyro. No właśnie. Ma ona w swoim głosie zbawienny umiar. Pomimo tego, że rozdaje tutaj karty, idealnie rozumie się ze swoim zespołem. A muzyków ma czujnych, natychmiast reagujących na wszystkie niuanse w jej głosie. Te zmiany w tempach, dyskretne łamańce poukrywane w bardzo wielu zakamarkach płyty. Momenty, które wzbudzają we mnie szczególną ekscytację pokrywają się z wejściami flecisty/saksofonisty Joe Farrella. Zwłaszcza te delikatniejsze. Wtedy wszyscy pozwalają sobie na sporą ilość niuansów. Nieco mniej intrygujące są fragmenty o big-bandowym rozmachu. Tutaj wszystko zlewa mi się w estradowy rozmach pozbawiony jakiegokolwiek magnetyzmu. Musical łamany Broadwayem niestety odpycha nachalnością i burzy często pojawiającą się intymność. Są też fragmenty zwyczajnie bezbarwne. Piękne tło, z którego niestety niewiele potrafię zapamiętać. Wszystko to daje mimo wszystko pozytywny obraz. Mimo wszystko...
Konkluzja będzie następująca: doceniam, być może nawet będę wracał (łaski nie robię), ale na dalsze łowy na tym terenie bez przymusu z pewnością się nie udam. „Eli and the Thirteenth Confession” z pewnością należy do albumów, które upycham w worku „husky friendly”.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Mamo! Tego da się słuchać!
2. Najgorszy moment: Transparentność.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Estrada! Ale nie stołeczna.
4. Skojarzenia muzyczne: jak najgorsze. Kobita na wokalu zazwyczaj nie wróży nic dobrego. Jeśli kogoś uraziłem, przepraszam.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: zimnego grudnia.
6. Ciekawostka. Dziś dowiedziałem się, że czasem ciekawostka nie jest ciekawa. Zatem poddaję partię.
7. Na dokładkę okładka. Laura Nyro przypomina mi tutaj PJ Harvey.

41. Pippin: Laura Nyro, Eli and The Thirteenth Confession




Ocena: * * * 3/4

Śpiewająca kobieta pod koniec lat sześćdziesiątych? Janis Joplin – odpowie prawie każdy rockman i będzie miał rację. Bo dziewczyna przyćmiła absolutnie wszystkie inne konkurentki, które parały się w owym czasie rockowym śpiewaniem. Co nie znaczy, że konkurentki owe nie były nic warte. Oto na ten przykład Laura Nyro, zmarła przed piętnastu laty, w Polsce praktycznie nieznana, a i w świecie anglosaskim dziś właściwie zapomniana. Niesłuszne będzie wprawdzie zaliczenie jej propozycji do rocka, niemniej pochylmy się na moment nad jej najsłynniejszym dziełem.
Ten, kto słuchanie płyty rozpocząłby od zamykającego ją „The Confession”, uznałby, że obcuje z przedstawicielką jakże modnego wówczas folkrocka i delikatnych akustycznych brzmień gitary. Ale to zmyłka, prawdziwym żywiołem tej płyty jest raczej swoista hybryda soulu, jazzu i gospel. Głównym instrumentem jest pianino, choć znajdziemy nierzadko i harfę, i delikatne dęte drewniane, i rozbuchane niemal musicalowe aranżacje z użyciem dętych blaszanych. Nie zabraknie z jednej strony bluesa (jak wskaże choćby sam tytuł „Woman’s Blues”), a z drugiej – przyznajmy szczerze – niebezpiecznego zbliżenia się do stylistyki, dajmy na to, Alicji Majewskiej. Bardziej jednak niż muzyka przyciąga tutaj ucho głos Laury i trzeba przyznać, że jest zjawiskowy. Dziewczyna śpiewa strasznie lekko i zwiewnie (co nie znaczy, że eterycznie), ma się wrażenie, że wszystkie frazy przychodzą jej z beztroską lekkością. A i pomysłów jej nie brakuje – przejście z krzyku w szept? Normalka. Nagłe zmiany tempa? Proszę bardzo. Od folku, do opery, proszę Państwa. A wszystko z radosną fantazją i uwodzicielskim wręcz brzmieniem.
A o czym dziewczę śpiewa? A o czym ma śpiewać – o miłości, jej radościach i smutkach przede wszystkim. Choć nie tylko – w „Sweet Blindness” i „Stoned Soul Picnic” pobrzmiewają wątki alkoholowo – narkotyczne, jak na hippisowską epokę przystało. A dodajmy, że wszystkie teksty i kompozycje są jej autorstwa, co tylko przydaje płycie szczerości.  W epoce jednakże nie odniosła ona specjalnego sukcesu, głośniej o Laurze było, gdy przeróbki jej utworów nagrywali The 5th Dimension czy inna (Academy Award Winner) Barbra Streisand.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Refren „Luckie”. Ależ to buja!
2. Najgorszy moment: Zapędy w stronę tak zwanej muzyki estradowej.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Tekst „Eli’s Coming” nie jest specjalnie jasny, ale nie wykluczam, że miano Eli odnosi się do najwyższego bóstwa religii kananejskiej.
4. Skojarzenia muzyczne: Od Tori Amos po divy z Broadwayu.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Wczesna wiosna! Wszystko się budzi do życia.
6. Ciekawostka: Dowodem na wręcz anonimowość Laury w Polsce niech będzie fakt, że w całej swej historii pismo „Tylko Rock” wzmiankowało o niej (Laurze, nie Polsce) tylko raz. Zgadliście, z okazji śmierci.
7. Na dokładkę okładka: Może się okazać, że Laura jest daleką ciotką panny Polly Jean Harvey.

41. Azbest: Laura Nyro "Eli and the Thirteenth Confession"

 Laura Nyro - Eli and the Thirteenth Confession
Ocena: * * *

Pani Nyro wzięła mnie z zaskoczenia. Nim przesłuchałem płytę, nie miałem bladego pojęcia czego się spodziewać. Nazwisko nic mi nie mówiło (pierwsze skojarzenie - epizodyczna postać z jakiejś powieści Williama Gibsona). Okładka dość gotycka, a tytuł przywodził na myśl jakiś psychodeliczny folk-rock.
Tymczasem "Eli and the Thirteenth Confession" to interesująca mieszanka popu z soulem oraz rhythm and bluesem. Gdyby napisać coś takiego o jakimś „świeżym” wydawnictwie powiało by zgrozą. Dziś takie połączenie brzmi jak wyrok, ale szczęściem płyta pochodzi roku pańskiego MCMLXIX. Wówczas terminy te miały zdecydowanie inne niż dziś znaczenie i nie miały tego zatrważającego posmaku.
Jako się rzekło tę muzykę trudno nazwać ascetyczną. Mimo swojego niewątpliwie popowego charakteru nie jest płaska i do bólu wygładzona. Utwory są bogato inkrustowane dęciakami i smyczkami (ale bez przesady – to nie „Pet Sounds”). Tu i ówdzie pojawia się delikatny, ale wyraźny jazzowy nalot. Istotnym atutem Pani Nyro jest jej głos – niebanalny i nie boi się go używać. Do tego ani przez chwile nie marnuje go na czcze popisy – trzyma go w ryzach. "Eli and the Thirteenth Confession" to płyt ambitna i bardzo dojrzała. Co jest o tyle interesujące, że Laura Nyro miała wówczas raptem 22 lata.
Czemu więc wystawiłem tylko trzy gwiazdki? Otóż słuchanie tej muzyki nie sprawiło mi najmniejszej przyjemności. Za boga mi ta płyta nie podeszła – dawno już nie trafiłem na coś tak kompletnie nie w moim guście. Każdy odsłuch wymagał ode mnie solidnej dawki wewnętrznego przymusu. Mimo całego mojego uznania dla wysiłków Pani Nyro i świadomości rozlicznych walorów tej płyty nie sądzę bym miał po nią sięgnąć ponownie w dającej się przewidzieć przyszłości

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Zakończenie płyty.
2. Najgorszy moment: Konieczność jej słuchania.
3. Analogia z innymi element kultury: Aż w dwóch utworach jest mowa o diable - niezbyt typowa jak na taka muzykę.
4. Skojarzenia muzyczne: jak w tekście głównym.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Grudzień 2012 nawet, nawet.
6. Ciekawostka: W 1967 roku mając możliwość przejścia do dużej wytwórni unieważniła swój kontrakt argumentując tym, ze zawarła go przed osiągnięciem pełnoletniości.
7. Na dokładkę okładka: PJ Harvey?