poniedziałek, 30 września 2013

62. Pippin: Osjan, Roots



Ocena: * * * ½

- Znasz Osjana?
- No pewnie, stary. Super kapela. Legendarna, kultowa.
- Aha. A co o nich wiesz?
- Nooo... sitar mieli i tak w ogóle po wschodniemu grali. Jackowski tam był, Kurtis, Waglewski. Wielka sprawa, mówię ci.
- Rozumiem. A jakie płyty słyszałeś?
- Znaczy nie, w całości to żadnej. Takie fragmenty w sumie.
- A jakieś tytuły utworów pamiętasz?
- No nie bardzo, wyleciało z głowy.
- A to może chociaż wiesz, czy jeszcze grają?
- Eee... Chyba już nie. Znaczy czekaj, bo coś kiedyś chyba jakiś plakat widziałem. Tak, od czasu do czasu zejdą się i machną jakiś koncert.

Tak prawdopodobnie wyglądałaby rozmowa z przeciętnym rodzimym kolesiem, który interesuje się rockiem całkiem na serio i bez ironii. Każdy wie, że był (jest?) jakiś Osjan, ale o szerszą wiedzę trudno. Nie dziwi ta sytuacja, zważywszy, że grupa chyba nigdy nie zabiegała o rozgłos, proponowała nie tylko podejście, ale i muzykę po całości raczej niekomercyjną. Nie był to rock, nie był to jazz. Pewnie trochę folk, pewnie trochę world music (ale kto w zamierzchłych czasach pierwszych płyt Osjana znał w Polsce to określenie?), wpływy nie tylko blisko- i dalekowschodnie, ale i afrykańskie czy celtyckie, ale uprzedzam – klona Dead Can Dance (zostawiając na boku hierarchię historyczną) też się nie spodziewajcie. Naprawdę – na polskim gruncie zespół osobny, idący swoją drogą, grający, co tylko sobie wymarzy.
Na płycie „Roots” wymarzył sobie dwa rozdziały „Księgi Wiatrów”. Pierwszy bardziej wschodni (Arabowie? Hindusi? Persowie?), drugi raczej afrykańsko – celtycki. Trochę tu muzyki medytacyjnej (zdecydowanie ciekawsza i bardziej wciągająca od, powiedzmy, nagrań śpiewów delfinów), trochę improwizacji (ale nie wszechobecnej i przytłaczającej), trochę dzikich plemiennych tańców i śpiewów przy ognisku, trochę powiewu buddyjskich klasztorów, a wszystko na masie instrumentów, których nazwy ciężko zapamiętać (słyszeliście kiedyś o calanu albo kaya-kum?) – mimo wszystko jestem niepocieszony, że brakuje wśród nich garnków strojonych z Olkusza, obecnych na płycie „Księga Chmur”.
Najważniejsze zaś jest to, że, jakkolwiek przesadna może próba uduchowienia twórczości może powodować pobłażliwie uśmiechy, nie jest ani nudno, ani jednostajnie, ani monotonnie. Nastroje wbrew pozorom się zmieniają, pomysłów panom muzykom nie brakuje, a instrumentaliści współpracują wybornie. Warto zagłębić się w Księgę Wiatrów i uczynić w swej głowie Osjana czymś więcej, niż nazwą, o której każdy słyszał, a której nikt nie słuchał. 

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: Afrykańska część rozdziału drugiego. Od trzeciej do ósmej minuty. 
2. Najgorszy moment: Obcowanie z tą muzyką teraz, a nie w PRL. 
3. Analogia z innymi elementami kultury: Mimo że płyta, poza plemiennymi okrzykami, instrumentalna – tropów sporo. Począwszy od samej nazwy, skończywszy na kulturowych skojarzeniach z użytymi instrumentami i przywołanymi klimatami. 
4. Skojarzenia muzyczne: Dead Can Dance, Peter Gabriel, Ravi Shankar. No i naturalnie „Korowód”. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Lot z Bagdadu do Stonehenge, z międzylądowaniem w Kinszasie. 
6. Ciekawostka: Milo Kurtis, postać jakże barwna, urodził się w Zgorzelcu. Mimo że wcale nie jest to tak ponure i brzydkie miejsce, jak wynika z legend, jakoś bawi mnie ten fakt. 
7. Na dokładkę okładka: Rysunki jakby kredą na asfalcie, a w tle Droga Mleczna? A może płaskowyż Nazca na starym prześwietlonym filmie? Tak czy inaczej – intryguje.

62. Basik: Osjan, "Roots"

Osjan - Roots

Ocena: * * * 1/2

Osjan, pomimo kilku dekad na polskiej scenie muzycznej oraz Bardzo Znanych Nazwisk przewijających się przez jego historię pozostaje ciągle zespołem niszowym. Mnie to nie dziwi. Pierwszy zespół w historii polski grający tzw. world music robi rzeczy absolutnie niekomercyjne, dalekie od szufladek muzyki rozrywkowej, rocka czy jazzu. No trudniejszy stuff po prostu - to raz. Dwa, że genezą tej muzy była ucieczka od mrocznej rzeczywistości Polski lat 70. Wkręcenie się w ten eskapistyczny klimat jest dla mnie po prostu nieosiągalne. Coś uleciało z tej muzyki po latach. Bez kontekstu „dziejowości” muzykę Osjan łatwo pomylić z new age’owymi głupotami typu: „jestem wiatrem, jestem trawą, jestem istotny (gongi, łkanie wielorybów i jedwabista solóweczka na flecie)". Wielki szacun za robienie tak frikowej muzyki w tamtych czasach, ale „uduchowienie” tej muzyki jest dla mnie po prostu zbyt dosłowne i nachalne.
W przypadku płyty „Roots” mankamenty natury ogólnej opisane powyżej nie kradną całej przyjemności obcowania z nią z kilku powodów. Dwa długie utwory – rozdziały „Księgi Wiatrów” (oraz dwie strony winyla) maja solidną budowę i nie WIEJĄ (nomen omen) nudą. Na plus działają dobre proporcje pomiędzy improwizacją a konkretem, którego zdecydowanie jest więcej. Dobrze robi też zróżnicowanie stylistyczne utworów – „Rozdział I” inspirowany jest na poły muzyką Wschodu i Afryki a w „Rozdziale II” Czarny Ląd ustępuje miejsca muzyce celtyckiej. Same tematy ogrywane przez zespół zapadają w pamięć, jak choćby pulsująca końcówka „Rozdziału I” czy plemienne tańce na początku „Rozdziału II”. Piękna jest też współpraca instrumentalistów, bez chęci do dominacji nad innymi, ale zdolna wytworzyć subtelną wewnętrzną dynamikę.
W opinii na temat zespołu jestem rozdarty, bo widzę, że jest to balansowanie na granicy sztuki i kiczu. W kwestii „Roots” natomiast… jak mówią: „nie samym słowem człowiek żyje”. Przeżyć mistycznych nie zanotowałem, ale zwyczajna przyjemność słuchania jest wystarczająca. 

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: końcówka strony A, pierwsza połowa strony B.
2. Najgorszy moment: w tekście  
3. Analogia z innymi element kultury: Nazwa zespołu inspirowana jest wierszem Bolesława Leśmiana [Jam – nie Osjan! W zmyślonej postaci ukryci] z III części tomu „Dziejba Leśna”. Sam Osjan to legendarny celtycki wojownik i bard opisany w „Pieśniach Osjana” zebranych przez szkockiego pisarza Jamesa Macphersona. „Osjanizm” to również kierunek literacki, który stał się inspiracja dla twórców epoki romantyzmu.  
4. Skojarzenia muzyczne: motywy celtyckie – Mike Oldfield  
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: bryzy, halnego, passata - you name it !
6. Ciekawostka: Tył koperty płyty (wyd. Pronit M-0017) informuje min.: „wykorzystano również kompozycje: FELAKUTIEGO (1’40”-1’30”)”. Po pierwsze czasy podane są błędnie i do tej pory nie rozpoznałem, o które kompozycje chodzi. Ponadto ta informacja ponoć nie znalazła się już we wkładce wznowionego albumu na CD.  
7. Na dokładkę okładka: Świetna abstrakcyjna rzecz spod ręki Jana Żabko-Potopowicza. Ja tam widzę kosmos jakiś. Gwiazdy, planety i asteroidy. Żabko-Potopowicz to autor m. in. okładki do „O!” Maanamu a także… współpomysłodawca nazwy tegoż zespołu. Sprawdźcie jeszcze, co pisał Pan Jan na temat Franka Zappy w 1971 roku!

niedziela, 22 września 2013

61. Azbest: Sprzęgło, kurwa! O sprzężeniach gitarowych słów kilka...

Sprzężenie gitarowe - z początku hałas, niepożądany efekt uboczny użytkowania gitary wzmocnionej elektrycznie. Nie minęło jednak wiele czasu i jego postrzeganie zaczęło się zmieniać. Już w połowie lat sześćdziesiątych zaczął być środkiem wyrazu, jedną z technik gry na gitarze.
Poniższa lista nie jest próba wyłonienia zestawu, najważniejszych, najbardziej reprezentatywnych czy nawet najlepszych przykładów. Po prostu pierwsze kawałki jakie przyszły mi na myśl.

The Velvet Underground "Run Run Run"
Ach tu był z czego wybierać - całą listę mógłbym zapełnić materiałem z dwóch pierwszych płyt. Żeby nie było za łatwo ograniczyłem się do jednego. Ale które wybrać? Które? To z "Run Run Run" chyba najbardziej chodzi mi po głowie.

The Stooges "I Wanna Be Your Dog"
Ten zespół to manifest muzycznej chuliganerii. A skoro tak to i gitary nie mogły być poukładane - sprzęg proszę. Ron Asheton chyba najlepiej wplótł to w ich muzykę w tym właśnie kawałku.

Lou Reed "Metal Machine Music"
I por az drugi Lou Reed. Ale czy mógłbym tego odmówić królowi i królowej gitarowego sprzęgu? Tym bardziej, że nagrał płytę taką jak ta - sprzęgi są tu praktycznie jedynym materiałem. Przetworzone bo przetworzone, ale jednak. A jeśli ktoś ma ochotę się mądrzyć, że słyszał lepsze to niech pamięta - wydane w roku 1975. Przez koncern. Ktoś to przebije?

David Bowie "Heroes"
Robi się nietypowo. Po pierwsze okazuje się, że sprzęgi mogą służyć do czegoś więcej niż drażnienie narządu słuchu. Po drugie w tym przypadku posłużył się nimi Robert Fripp, który zagrał partie będącą jednym długim, modulowanym sprzegiem. I jak uroczo mu to wyszło.

The Boys Next Door "Shivers"
I znów sprzęg liryczny. I znów zagrany przez nie byle kogo - Rowland S. Howard! Przez moment rozważałem "Friend Catcher" - praktycznie kwintesencja tematu. Chyba jednak jesień trochę mnie rozmiękczyła bo wybrałem coś bardziej kojącego.

Celtic Forst "Dethroned Emperor"
Thomas Gabriel Fischer (wówczas jeszcze jako Warrior) w początkach swojej działalności lubił rozpoczynać kawałki od sprzęgów. I po raz kolejny trudno się zdecydować. Jednak "Dethroned Emperor" - tak ładnie przechodzi to w ten mocarny riff.

Napalm Death "Multinational Corporations"
Trzech młodzieńców (w tym Justin K. Broadrick na gitarze) zagrało hardcore tak niesfornie, że stworzyli grindcore (tak wiem - byli też inni. Ale jeśli wiecie lepiej załóżcie swojego bloga). Więc co może być lepszego na początek jazgotliwie brzmiącej płyty niż przeciągły, sympatyczny sprzęg?

Rollins Band "Ghost Rider"
Zespół kojarzony prze pryzmat "Liar", a niesłusznie. W latach osiemdziesiątych grali ciekawszą muzykę. Dowodem na to jest ten cover Suicide, w którym Chris Haskett wyprzedza o kilka lat Toma Morello. (to wersja z roku 1989, inna od tej najbardziej znanej - ze ścieżki dźwiękowej z "Kruka")

Godflesh "Like Rats"
Broadrick po raz wtóry. Cóż poradzę, że mimo tego co nagrywał przez ostatnie 5 lat wciąż go lubię. Od czasów Napalm Death rozwinął swoja technikę od wyścigowego jazgotu do jazgotu miażdżącego. Ale wciąż jest przyjemnie.

Pussy Galore "Cokolwiek". Albo nie - "Kicked Out"
HA! Odrażający, brudni, źli pod wodza Jona Spencera (tak, to ten od Jon Spencer Blues Explosion). To ich najbardziej znany kawałek - Gregory House wykorzystał go do wywołania u pacjenta ataku padaczkowego. Niektórzy nie potrafią docenić przyjemnej muzyczki.

61. Pippin: Sprzęgło, (...)! O sprzężeniach gitarowych słów kilka...

Masz gitarę, masz wzmacniacz, kręcisz gałkami i jazda! Prędzej czy później trafisz na ten charakterystyczny moment, gdy Twój dźwięk z głośnika wróci do przystawki. I - jak to w muzyce rockowej bywa - ów pozorny błąd, dysonans i zakłócenie stał się jednym z najulubieńszych - ba! najpospolitszych - efektów, używanych przez gitarową brać. Czy to delikatnie i subtelnie, czy uporczywie aż do pisku - sprzęgało, sprzęga, sprzęgać będzie i bardzo często sprzęgać musi.
Poniżej wybrana dziesiątka i słowo komentarza. Nie twierdzę, że są to najlepsze przykłady sprzężeń gitarowych. Nie twierdzę nawet, że moje ulubione - nie sądzicie chyba, że przygotowując tę listę, przeryłem uczciwie wszystkie płyty, które znam albo przynajmniej wszystkie, które mam w domu. Tak dobrze nie ma - te wybrałem i tyle. I jeszcze jedno - mamy tu zdecydowaną nadinterpretację kawałków, zaczynających się od sprzężenia typu piszczącego. Bo takie najbardziej lubię i kropka.

The Beatles - I Feel Fine (singel, 1964)
Jak dla mnie pierwowzór i baza. Wiadomo - prawie cała współczesna muzyka popularna ma swój początek u Beatlesów w ten czy inny sposób. Więc i Beatlesom musiało się przydarzyć zacząć numer od sprzęgła. Na pewno nie byli pierwsi, na pewno było to jednak jeszcze nowatorskie.

The Velvet Underground - European Son (The Velvet Underground and Nico, 1967)
Ale poszedł ten Pippin na łatwiznę, nie? Z całej dyskografii Velvetów mógł wygrzebać jakiś mniej znany diamencik, ale zamiast tego przyłożył czymś oczywistym aż do bólu. Cóż czynić, z utworów, które w swej idei bazują głównie na sprzężeniach i przygodach pokrewnych, to właśnie "European Son" jawi się wzorem do naśladowania.

Bauhaus - Dark Entries (In The Flat Field, 1980)
Ej, stary, gdzie lata siedemdziesiąte? Gdzie Hendrix, Zeppelini i Neil Young, których to niby tak uwielbiasz? Nie ma - raz, że sami znajdziecie ichnie sprzęgła bez problemu, dwa - że z każdego z nich można by układać długie listy. Trzy - że jak wspomniałem, lubię, jak utwór, a jeszcze lepiej jak cała płyta, zaczyna się takim właśnie piskiem. Dokładnie jak na debiucie Bauhaus.

Sonic Youth - Silver Rocket (Daydream Nation, 1988)
Wahałem się - Sonic czy Pixies? A, niech będzie Sonic. Wcale nie najlepszy utwór, choć z mojej ulubionej ich płyty. A jak ktoś woli coś innego, to niech słucha reszty dyskografii, materiału na pewno nie zabraknie.

Nirvana - Paper Cuts (Bleach, 1989)
Przyszedł grunge i niektóre stare patenty wróciły do łask. Zanim Cobain i spółka podbili świat następną płytą, zanim przysiedli na krzesełkach z akustycznymi gitarami, debiutowali pięknym, brudnym gitarowo albumem. A na nim sprzęgło na sprzęgle.

Alice In Chains - Rain When I Die (Dirt, 1992)
No właśnie, przyszedł grunge. Alice In Chains oferowali kompozycje nieco wolniejsze, bardziej dołujące i psychodeliczne, czego mamy tu najlepszy przykład. Sprzęgło na wejściu tylko potęguje niewesoły nastrój, jaki dominuje na albumie.

Pearl Jam - Hey Foxymophandlemama, That's Me (Vitalogy, 1994)
Zgłupiał? Chce nam zaserwować tu same grunge'owe kapele? Poniekąd tak, ale nie do końca - spójrzcie, ten kawałek Pearl Jam jest inny, niż wszystkie inne w jego dorobku. Nie ma nic wspólnego z powszechnym obrazem muzyki z Seattle. Wyrasta raczej ze wspomnianego wyżej "European Son" albo z "Revolution 9" Beatlesów. Czyli cały jest pełen sprzężeń, przetworzeń i dziwnych odgłosów, a nazwanie go piosenką nijak nie wydaje się słusznym. Aha, Soundgarden Wam odpuszczę.

Kazik Na Żywo - Las Maquinas De La Muerte (Las Maquinas De La Muerte, 1999)
Każda zwrotka, ze szczególnym uwzględnieniem pierwszej jedzie na takim ślicznym sprzężeniu, że właściwie ani riffu, ani nawet sekcji rytmicznej zbytnio już nie potrzeba. Wystarczy głos Kazika. Znajdź mi chłopca, byleby nie miał wąsów!

2Tm2,3 - Biada, Biada (888, 2006)
Litza raz jeszcze, tym razem nieco bardziej klasycznie. Chociaż znów sprzęgło rozłożone na dłuższą ilość sekund. Jakby dobrze policzyć, to może i nawet na większą część utworu, wszak "888" nie charakteryzuje się długimi numerami.

Queens Of The Stone Age - Kalopsia (...Like Clockwork, 2013)
Na deser Josh Homme. I to taki całkiem świeży, tegoroczny. "Kalopsia" zaczyna się onirycznie, nawet może i trochę nudzi. Ale wybija 1:09 i od razu się ożywiamy.

61. Basik: Sprzęgło, kurwa! O sprzężeniach gitarowych słów kilka...

Sprzężenie zwrotne – to nieślubne dziecko gitary i kolumny głośnikowej, ten piekielny bękart narodził się przypadkiem w latach 60. ubiegłego wieku. Mimo demonicznej natury stał się ulubieńcem wielu muzyków i zwiastował nowe paradygmaty w rock’n’rollu. Początkowo był na wpół oswojonym środkiem ekspresji wykorzystywanym w gitarowych popisach, wkrótce jednak dorósł, aby pełnić bardziej odpowiedzialną rolę. Stał się elementem aranżacji utworów, szorstkim podłożem kompozycji a nawet kwintesencją pewnych stylów. W zestawieniu jednych z moich ulubionych zastosowań tego efektu tendencyjnie unikam rzeczy znanych i lubianych, choć oczywiście o Hendriksie czy o Neilu Youngu zapominać nie wolno.

Blue Cheer - Doctor Please (z Vincebus Eruptum, 1968)
Rzecz zupełnie kosmiczna, tym bardziej, że sprzed 45 lat. Sprzężenia niskie, dudniące, wyrywające flaki i wywalające mózg na orbitę bez wspomagania. Niczym start promu kosmicznego. Psychodela w końcu. Ciekawe jak głośno musiało być w studio!

Husker Du - Reocurring Dreams (z Zen Arcade, 1984)
W wersji studyjnej to właściwie 14 minutowe sprzężenie przeplatane z dysonansowymi riffami. Intrygujące i dosyć awangardowe jak na tamte czasy. 

Melvins - Eyes Flys (z Gluey Porch Treatments, 1987)
79 tygodni na liście Trójki i rekomendacja Marcina Kydryńskiego. Chyba nie muszę więcej dodawać, poza tym, żeby kliknąć i posłuchać samemu. Obok Blue Cheer i Sonic Youth, mój faworyt w zestawieniu.

Slayer - South of Heaven / Silent Scream (z South of Heaven, 1988)
Dla mnie jeden z najbardziej charakterystycznych fragmentów “South of Heaven” nie jest kompozycją a szatańskim łącznikiem pomiędzy utworem numer jeden i numer dwa. Zapowiedź nadejścia tornada w postaci „Silent Scream”. Bez kontekstu oczywiście nie ma sensu – jak wszystko. 

Sonic Youth – Mote (z Goo, 1990)
To taka piękna i smutna piosenka nawiązująca melodyką do post-punku, bombardowana z drugiego planu brutalnymi dysonansami i sprzężeniami. Zestawienie piorunujące. Ostatnie trzy minuty to już bezlitosne, chrupiące człowieka od środka chrzęsty i zgrzyty. 

Neurosis - Chronology of Survival (z Souls At Zero, 1992)
Survival wymaga wciskania sprzęgła. Doskonałe dawkowanie napięcia i budowanie dynamiki utworu. Miedzy innym za pośrednictwem oszczędnie dozowanego feedbacku 

Laddio Bollocko - The Outro (z As If by Remote, 1999)
Dwie minuty i czterdzieści sześć sekund – nazwijmy to – „modernistycznej muzyki sprzężonej” lub jak kto woli „hałasu”.

Rowland S. Howard - Sleep Alone (z Teenage Snuff Film, 1999)
Howard niby gra tu melodie, ale brzmią one szorstko i nienawistnie. W jego grze były megatony mrocznych emocji. Szkoda, że był uzależniony nie tylko od sprzężeń gitarowych.

Unwound - Crab Nebula (z A Single History: 1991-1997, 1999)
Wersja muzyczna lotu kosmicznego w Mgławicę Kraba. Noise-rock kocha sprzężenia a sprzężenia kochają noise-rock. W sumie rzecz pokrewna do opisywanego tutaj utworu Husker Du.

Mclusky - Alan is a Cowboy Killer (z Mclusky Do Dallas, 2002)
Oto jak zbudować melodyjną piosenkę na świdrującym sprzęgu. Dodam, że na albumie jest tego więcej. A za produkcja płyty stoi tata noise-rocka Steve Albini.

61. pilot kameleon: Sprzęgło, kurwa! O sprzężeniach gitarowych słów kilka...

Gitara do kolumny i jazda... Musi sprzęgać. A jeśli muzyk potrafi to opanować i wykorzystać, wtedy jest prawdziwym mistrzem. To czynność pozornie prosta. Pozornie, bo gdy ma się dar, ta umiejętność staje się finezyjna czy wyrafinowana. To poezja. Jest w tych wszystkich jękach prawdziwy romantyzm. Nie możesz wyartykułować czegoś w sposób tradycyjny? Sprzężenie pomoże wyszeptać ci prawdę.
Poniżej subiektywna lista 10 uroczych sprzężeń. Różnych. Czasem incydentalnych, czasem inicjalnych, czasem też fundamentalnych. W wielu miejscach nieodzownych, czasem ornamentacyjnych. I mało ważne, że coś tam może być zamierzone czy wykalkulowane... Ma być jęk, pisk czy delikatna mgławica, wtedy gitara, muzyk, piec stają się obwodem zamkniętym.

1. Rolling Stones – Mother's Little Helper [z płyty Aftermath,1966]
Mało oczywista sprawa. Nabrzmiewa przez krótką chwilę i jednocześnie wprowadza Stonesów w erę psychodelii, z której nie wyjdą przez dwie kolejne płyty. Mała tabletka, a może tak wiele.

2. Wipers – Youth Of America [z płyty Youth Of America, 1981]
Sprzężenia różnej barwy i intensywności rozlewają się właściwie na całej długości utworu. Gdyby pozbawić go tej formy ekspresji, byłby prawdopodobnie o połowę mniej interesujący. Wzorzec dla całej Ameryki lat 80. i nie tylko.

3. Armia – Opowieść zimowa [z płyty Legenda, 1990]
Na gitarze Robert Brylewski, mistrz intuicyjnego grania. Mistycyzm nie może być wyrażony za pomocą wykalkulowanej i bezdusznej artykulacji.

4. Nomeansno – Self Pity [rejestracja koncertowa, Dortmund 1991]
Andy Kerr. Zawsze. Tutaj opieram się na koncertowej wersji Self Pity, gdzie na rytmicznej konstrukcji wiosłowy sprzęga, moduluje, kręci wszystkimi gałkami delaya jednocześnie. Jeśli jesteś mistrzem, nawet przesyt nie jest ci w stanie niczego zepsuć.

5. Tumor Circus – Hazing For Success [z płyty Tumor Circus, 1991]
Jedna z najbardziej jazgotliwych płyt, gdzie zgiełk przeplata się riffami, prymitywnym nawalaniem w gitarę i tuleniem się do pieca. Czasem ciężko odróżnić z czym mamy do czynienia.

6. Houk – Soul Ammunition [z płyty Soul Ammunition, 1992]
Robert Sadowski to nie tylko Kobong, jak zwykła myśleć młodzież. To również Houk, w którym czarował w bardziej klasyczny sposób, ale z tym swoim indywidualnym piętnem. No i w naszym kraju nikt nie przetrawił tradycji Hendrixa tak jak on. I szkoda, że na YT nie ma tej kompozycji w wersji z debiutanckiej płyty...

7. Fugazi – 23 BeatsOff [z płyty In On The Killtaker, 1993]
Dwie gitary rozlewają się w drugiej połowie utwory. Ogrom sprzężeń, pięknych dźwiękowych zależności, harmonii, prawdziwy dialog.

8. Ewa Braun – Samochodem i domem zajęła się policja [z płyty Esion, 1996]
Każda Ewa ma swojego Adolfa. Z Esion wyciągam najważniejszą kompozycję. I już na samym początku pojawia się esencja wypływająca ze wzmacniacza. Bitnikowy romantyzm wzmocniony nieokiełznanymi dźwiękami.

9. Oxbow – Shine (Glimmer) [z płyty An Evil Heat, 2002]
Ocean mroku i paranoi. A wiosłowy mówi, że przede wszystkim jest gitarzystą akustycznym...

10. Ścianka – Got My Shoes & Tatoo Part II [z płyty Białe wakacje, 2003]
Maciej Cieślak. Unikalny, jedyny, czasem piosenkowy, innym razem jazgotliwy. Generowanie sprzężeń ma we krwi.

Jeśli Twojego ulubionego sprzężenia tu nie ma, to jest mi bardzo przykro. Ale jeśli chciałbyś sprawdzić, czy to co zostało napisane jest prawdą albo fałszem, kliknij w nazwę piosenki, a sprzęgło objawi ci się w całej swojej pełni.

sobota, 31 sierpnia 2013

60. Azbest Wodecki: Zbigniew Wodecki "Zbigniew Wodecki"

Zbigniew Wodecki - Zbigniew Wodecki
***

Zbigniew Wodecki jest jednym z najbardziej rozpoznawanych polskich piosenkarzy, wszak tę burzę włosów każdy zna. I choć Zbig jest postacią znaną (i sympatyczną) to to nie sposób ukryć, że jego sława bazuje w większej mierze na utworach "singlowych". Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby losowo wybrany przedstawiciel społeczeństwa został poproszony o podanie tytułu swojej ulubionej płyty Wodeckiego najpewniej otrzymalibyśmy scenkę rodzajowa pod tytułem "Konfuzja". A trochę szkoda, bo chociażby jego debiut warto poznać. Na szczęście dzięki tegorocznemu Off Festival płyta została wygrzebana spośród gruzów historii i podsunięta pod oczy wszelkiej maści hipsterom. W tym wyżej podpisanemu.
I dobrzo się stało bo pierwsza płyta Zbigniewa Wodeckiego jest całkiem zaskakującym daniem. Bo jakże tu się nie zdziwić na wieść, że w połowie lat siedzemdziesiątych grano w polsce barokowy pop? I co zabawniejsze nagrywał go sam Wodecki? Na tle przaśnosci ówczesnej polskiej sceny płyta musiała prezentowac się efektownie. Utwory są całkiem bogato zaaranżowane i nieraz urzekają inwencją i lekkości. W dodatku sam Wodecki jest obdarzony przyjemnym głosem i nie ma oporów przed wykorzystaniem go w ambitniejszy sposób. Taki "Panny mego dziadka" mógłby znaleźc się na płycie Beach Boys. Stopień nierealności czy wręcz odjechania płyty chwilami staje się do tego stopnia duży, że po głowie zaczyna krążyć myśl czy przypadkiem Zbig nie pokrzepiał się czyms więcej niż tylko "Luksusową". W "Balladzie o Jasiu i Małgosi" słychac bit jakby żywcem wyjęty z "On the Corner" (Tyle tylko, że pasuje on tam niczym Whisky do ogórców)! Dodam jeszcze , że znajdziemy tu piosenki o względnie szerokim rozrzucie stylistycznym. Przytrafiają się i żywsze kawałki do bezwładnego pląsania i bardziej rozmarzone piosenki, ale również melancholijne pościelówy. Tylko, że oprócz kilku ciekawych kawałków reszta nie ma potencjału do zapadniecia w pamięć. W dodatku zbyt często muzyka staje się przesłodzona do tego stopnia, że szkliwo na zębach zaczyna niepokojąco trzeszczeć.
Był miodek teraz dzięgieć - o ile muzyka jeszcze potrafi (chwilami) się obronić to teksty są już rozbrajająco - pół biedy gdy jeszcze są na tyle absurdalne, że zachęcają do podrapania się w głowę. Znacznie częściej są tak kiczowate, że wywołują niesmak czy wręcz zażenowanie. Od razu więc widać, że płyta nie miała wielkiego potencjału by przebić się wówczas do masowej świadomości. Polska muzyka rozrywkowa z epoki miała stanowiła raczej podkład do wlewania w siebie kolejnych porcji alkoholi wysokoprocentowych.
Płyta warta co najmniej jednego przesłuchania, jednak bardziej na zasadzie ciekawostki. Sama w sobie dziś nie broni sie najlepiej. Miło ze strony Miczów, że odgrzebali tę płytę, ale wolałbym by nastepnym razem zamiast czynic obiekt kultu z longa Połomskiego zmontowali projekt "Starzy Singers grają Ombreolę z Warszawską orkiestrą symfoniczna". Mam wrażenie, że wśród wspólczesnej hipsterki znajomość oryginału jest porównywalna.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: "Panny mego dziadka"
2. Najgorszy moment: oczywiście, a tak w kategorii open to "Odjechałas tak daleko.
3. Analogia z innymi element kultury: Wczesny Laskowik
4. Skojarzenia muzyczne: Pustka w głowie
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Zarzucanie działki insuliny. Albo nie - pójdziemy do mnie posłuchac płyt? Mam Wodeckiego!
6. Ciekawostka: Pszczółki jednak nie uniknę - sam Zbig nie był chętny do nagrania swej wersji przesławnej piosenki, ale sprzedał się za... schabowego. Ok, to rozumiem - jeść się chce.
7. Na dokładkę okładka: Takie to czasy były.

60. pilot kameleon Wodecki: Zbigniew Wodecki, Zbigniew Wodecki


*

Dobra, nie byłoby tej recenzji, gdyby nie Rojas i występ Wódeckiego z Miczami na tegorocznym Offie. To pewnik. Najbardziej zabawny dla mnie jest jednak szum, jaki się wokół tej płyty wytworzył. Jakie świetne, jakie zajebiste, tyle lat skryte przed uszami melomanów! Biały kruk czarnego krążka. Nie, to jest naprawdę wspaniałe, potężne i prze kozackie. I ok... Choć muszę stwierdzić, że to chyba pierwszy tak potężny zwrot młodzieży w ostatnich czasach w kierunku wstydliwej polskiej rozrywki lat 70. Wyobraźmy sobie taką sytuację: wbijasz trzy lata temu z winylem Zbycha na imprezę do kumpli melomanów. Większość patrzy na ciebie z niedowierzaniem, no jaja sobie chłop robi... Może, niewykluczone. Oglądają winyl, narzekają na kiepską jakość polskich tłoczeń i wrzucają longa na gramofon. Rusza płyta. Jest konsterna. Opole zmiksowane z Sopotem oraz Gierkiem. Przeciętna produkcja. Na dodatek winyl nieco smaży na początku strony B. Gościu, który przyniósł album jest przeszywany spojrzeniami. Zwała? Nie no, pewnie podjarał sobie i wyciągnął album z piwnicy swoich starych... Słyszysz te teksty? Słyszysz ten lukier, co z membrany cieknie? Boże, za moment zaklei ci wysokotonową kopułkę! Matko... Noc otwiera nam sto świetlistych bram? No kurwa... A ten kawałek o Jasiu i Małgosi? Puszczam centralnie womit na dywan. Wbij dziś z longiem Andrzeja Rosiewicza na taką imprezę i obserwuj. To samo byłoby trzy lata temu z Wodeckim. Co najwyżej ciekawostka, a tu ponoć petarda.... Prasa chwali, ludzie kiwają głową z aprobatą. Hmmm... Dziś okazuje się, że płyta jest wysmakowana, fajna, że też przez lata nie mieliśmy o niej pojęcia! Naprawdę niezłe kawałki. Dobrze, że czujny Macio z Miczów wpadł na taki świetny pomysł. Tylko patrzeć, jak jesienią tandem ruszy na trasę po eleganckich lokalach, gdzie większa publiki pobierać będzie świadczenia emerytalne. A hipsterki tam nie będzie, bo bilet za stówencję, to już za srogo...
A ja się tym wszystkim brzydzę, a nie mam poczucia humoru i zmarnowałem 160 minut na cztery odsłuchy tego albumu. Dziękuję.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: jak widzę Zbycha na mieście. Wpierdziela lody w wafelku. Zawsze wciska tam kilkanaście kulek.
2. Najgorszy moment: słodki dom z piernika / w starych dziuplach magnificat.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Lato po podaniu Dejny strzela samobójczego gola na MŚ w Holandii w 1977 roku.
4. Skojarzenia muzyczne:
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: torsji.
6. Ciekawostka: Punkt pierwszy jest autentyczny. Po Krakowie Zbychu chadza bez napinki, można podejść, pogadać, fotkę sobie pstryknąć.
7. Na dokładkę okładka: Plereza na głowie wycina szacun. Jedyny element, który doceniam.


60. Basik Wodecki: Zbigniew Wodecki, "Zbigniew Wodecki"



Ocena: * * *

Zapowiadana obecność Zbigniewa Wodeckiego (zwany dalej Zwodem) na OFF festiwalu wprawiła mnie w konsternację. Że, niby ten obiekt westchnień emerytek i słuchaczek radia złote prze-choje, czy ulubieniec jubilatów z „Koncertu Życzeń” ("z okazji złotych godów…") występuje na alternatywnym (termin umowny) festiwalu? Co będzie dalej? Rynkowski, Krawczyk, czy też inne mroczne widma z lat mojego dzieciństwa. Nazwa Mitch&Mitch obok Wodeckiego dawała mimo to nadzieję na to, że zobaczymy coś nieszablonowego i szalonego, że oto np. zobaczymy sztukę nawiązującą do kolaboracji Zappy, MOI i Beefhearta. Mitch&Mitch jednak przenicowali tą swoją przewrotność i za najambitniejszy punkt postawili sobie odtworzenie debiutanckiego materiału Zwoda w skali 1:1. Sądząc po reakcji offowiczów (czyt. dzieci z brodami) sukces został osiągnięty. Niniejszemu recenzentowi nie dogodzono, ale w głowie pojawiło się kilka myśli, które niezwłocznie należało zweryfikować z materiałem studyjnym. 
Debiut solowy Zwoda potrafi zauroczyć od pierwszego wejrzenia, to fakt. Jakie to piękne! Te smyczki, dęciaki, pulsujące rytmy, atłasowe głosy. Plaża, dziewczyny, miłość, lody, słońce. To się musi podobać i ja w sumie też złapałem się trochę na to. Jak na muzykę pop jest to rzecz zrobiona z klasą i elegancją. Właściwie z niedużą zawartością obciachu. Jest gładko, denerwująco wręcz grzecznie (plaża ale bez golasów). Jest ciepły soul, jest natrętnie namiętna nuta francuskiej piosenki. Głos Zwoda, trochę kwadratowy i szorstki ale warsztatowo na najwyższym poziomie. Im więcej słucham, tym większe jednak wrażenie, że zostałem trochę oszukany i zmanipulowany. Że ktoś dał mi stos cukierków a ja zapomniałem się jak dzieciak. Smakuje jak cholera, chce więcej, jeszcze więcej ale w domyśle czeka mnie bolesna wizyta u dentysty. To nie jest złe w małych dawkach, w dużych jednak nieproporcjonalnie zabójcze (Wpychanie staruszków pod rozpędzone samochody powinno zrewanżować przedawkowanie). 
Warto poznać lecz traktować koniecznie z umiarem. Urokliwe i bez pajęczyny. Bez patyny również. W kontekście współczesnej muzyki pop, wydrążonej z jakiejkolwiek treści i zastąpionej trocinami, śpiewanej przez szmaciane lalki z patykami w dupie, debiut Wodeckiego to fachowa i ambitna propozycja.

Kwestionariusz: 
1. Najlepszy moment: Zbigniew przestał mi się kojarzyć z absolutnym zgredem. Teraz jest tak z 70% zgreda – i tak postęp 
2. Najgorszy moment: Te teksty… no cóż, patrząc przez palce i wmawiając sobie, że to przecież muzyka popularna to nie jest aż TAK źle. Głos Zwoda nie należy również do moich ulubionych. No i ten lukier i słodka polewa potrafi przewrócić w bebechach. Lubię czekoladę ale gorzką (min. sześcdziesiątka). 
3. Analogia z innymi element kultury: Tytuły mówią same za siebie: „Kochałem panią kilka chwil” – problemy na tle erotycznym, „Odjechałaś za daleko” – trudny temat narkomanii, „Panny mego dziadka” – historia bogatego dziadka-zboczeńca. 
4. Skojarzenia muzyczne: Taki Serge Gainsbourg. Z drugiej strony blisko tu do muzaka typu supermarketowego lub „elevator music”. 
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Kompulsywno - maniakalnego wpierdalania krówek. 
6. Ciekawostka: Ponoć raz zrobił sobie pasemka. 
7. Na dokładkę okładka: Prawie jak „Bryter Layter” Nicka Drake’a. PRAWIE. No i te ray-bany miazgatory!

60. Pippin Wodecki: Zbigniew Wodecki, Zbigniew Wodecki


Ocena: * * * 1/4

Przed kilkoma laty niejeden polski portal, zajmujący się muzyką tak zwaną alternatywną, brał udział w jakiejś zagadkowej krucjacie, mającej na celu wyniesienie na wyżyny, rehabilitację czy jak tam chcecie sobie to nazwać – zespołu Papa Dance. W tym roku bohaterem podobnej akcji wydaje się być Zbigniew Wodecki. Tu i ówdzie możemy zatem przeczytać o „odnalezionym po latach, zapomnianym diamencie polskiego popu” i tym podobne. Swoje trzy grosze wrzucił do świnki sam Artur Rojek, zapraszając Pana Zbysia na Off Festival, gdzie ten wykonał w całości swą debiutancką płytę.
Wodecki ma jeden niezaprzeczalny atut – głos. Rechoczcie sobie do woli, ale określenie „aksamitny” pasuje mi tutaj doskonale. Głos mistrza ma niesamowicie przyjemne, szlachetne brzmienie, a jego nieco gawędziarski posmak doskonale predestynuje artystę do śpiewania piosenek prostych, które wpadną w ucho każdemu. Otwierający płytę „Rzuć to wszystko co złe” uwodzi marzycielskim klimatem od pierwszych sekund. Dalej niestety nie jest tak różowo, za co winić należy stylistykę, obraną przez Pana Zbysia. Bo to nie jest zwykły pop – to jest pop estradowy, opolsko – sopocki. Stąd niestety niemal operowa maniera w „Pieśni ciszy”, stąd dyskusyjnej urody chórki w „Wieczór już”, stąd aranżacje dętych i smyczków w „Kochałem panią kilka chwil”. Jasnych punktów na płycie jednakowoż nie braknie – żwawy „Posłuchaj mnie spokojnie” to, obok utworu otwierającego, faktycznie „diament polskiego popu”, o którym pisali koledzy po fachu. Uroczą melodię przyniesie „Dziewczyna z konwaliami”, południowoamerykańskimi rytmami ujmą „Panny mego dziadka” (w ogóle momentami ciężko się oprzeć wrażeniu, że wcale zdolna ekipa muzyków chciałaby sobie poszaleć, poimprowizować, popróbować różnych stylów, pobawić się instrumentami – ale obrana konwencja całości szybko przywołuje ich do porządku), a i specyficzny śpiew w „Partyjce” może się spodobać. Ale z drugiej strony dobre wrażenie popsuć może przesadnie ckliwo zaśpiewana „Ballada o Jasiu i Małgosi”, a popisy skrzypiec w „Wieczór już” wpadają, z przeproszeniem, w rzępolenie.
Mimo wszystko zdecydowanie warto po latach wsłuchać się na nowo, z innym nastawieniem, w gościa, który w dzieciństwie był dla Ciebie tym starym kolesiem od „Pszczółki Mai” czy wiekopomnej pieśni „Chałupy welcome to” (notabene ten numer ma, poza refrenem, kapitalny tekst, chylę czoła). Rozmiłowanym w polskiej muzyce archeologom te czterdzieści minut z Panem Zbysiem i jego orkiestrą zdecydowanie polecam, chociaż sam jaśniejsze diamenty odnajduję na przykład w starych nagraniach Krystyny Prońko.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Piosenki numer 1 i 8.
2. Najgorszy moment: Piosenka numer 3.
3. Analogia z innymi element kultury: Bracia Grimm, hehe.
4. Skojarzenia muzyczne: Jaśniejsza strona Opola.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: Dancing w klubie „Kaprys”, lato 1976.
6. Ciekawostka: Pan Zbyś w czasach wydania tej płyty powodował swoim fiatem 126p sporo stłuczek. Podobno aż trzy razy zderzył się z krakowskimi tramwajami, aż cech motorniczych nawzajem się ostrzegał.
7. Na dokładkę okładka: Czyż polskie lata siedemdziesiąte nie były przeurocze?