wtorek, 18 lutego 2014

70. pilot kameleon: Brygada Kryzys, Live In Remont 13 Gruдnia 93

****2/3

Powrót Brygady Kryzys na początku lat 90., z pewnością nie należał do łatwych. Kultowy status zespołu, wysokie oczekiwania publiczności oraz nowa rzeczywistość sprawiały, że nie mógł to być zwykły powrót do świata żywych. Poprzeczka wisiała naprawdę wysoko. Dzisiejsza, ponad dwudziestoletnia perspektywa, pozwala chłodnym okiem przyjrzeć się tamtej sytuacji.
Kultowy status zespołu to nie było coś, co spędzałoby sen z powiek Brylewskiemu i Lipińskiemu. Materiał szykowany na płytę "Cosmopolis" pod względem artystycznym nie ustępował temu, który znalazł się na "Czarnej Brygadzie". Problemem mogło być nastawienie publiczności. Oczekiwania jakie niósł ten powrót były naprawdę wielkie. Inny moment dziejowy sprawił, że wizja zespołu rozminęła się z tym na co czekali słuchacze pamiętający poprzednie wcielenie Brygady Kryzys. Problemem była też nowa rzeczywistość i chyba niechęć do przystosowania się przez zespół do kapitalistycznych realiów. Lata 1991-1994 to konsekwentne zwalnianie tempa, które doprowadziło do trwającej dziewięć lat hibernacji. Dodatkowo Brylewski w tamtym czasie powoli domykał większość swoich projektów. Pisałem o tym szerzej w recenzji Falarka [link].
Brygada Kryzys lat 90 to nie tylko "Cosmopolis". Było coś jeszcze."Live In Remont 93" to dziwna płyta. Powstała właściwie przez przypadek. I taką egzystencją przypadku trwa po dziś dzień. Trochę szkoda, gdyż zasługuje na znacznie więcej. Co prawda jest to wydawnictwo tak marginalne, że niewiele osób o nim pamięta. Wydaje się, że nawet sam zespół również o nim zapomniał. Bo o ile cykliczną imprezę Stanik czasem ktoś wspomni (organizowana w latach 92-94 dokładnie 13 grudnia miała młodzieży przypominać o stanie wojennym), o tyle "Live In Remont 93" jest marginesem tego marginesu. Teoretycznie nie powinno to dziwić, praktycznie jednak zastanawia. Dlaczego? Bo Brygada Kryzys tamtej nocy grała z niesłychaną mocą i artystycznie wygrała wszystko, co można wygrać.
Autentyzm, energia, radość grania. Zespół nie odgrywa materiału studyjnego, bawi go improwizacja, pojawiają się eksperymenty z aranżacjami. Dzięki niesamowitemu wstępowi "Ganja" wydłuża się do ponad sześciu minut, "Nie ma nic" zostaje podane w wersji reggae’owej, "Subway Train" i kilka innych utworów jest cudownie sflangerowanych. Gdzieś w tle "Nie daj się" pojawia się wokaliza Brylewskiego zaczerpnięta z płyty "Tehno Terror" Maxa i Kelnera. Całość ubarwiają śpiewy Vivianny Quarcoo. Właściwie każdy utwór należałoby tutaj wymienić, bo zespół nie odpuszcza nawet na chwilę. Cudownie naoliwiona maszynka koncertowa, gdzie wszystko ma swoje miejsce, ale odpowiedni luz sprawia, że nic nie wydaje się zaprogramowane. Dodatkowo zwraca uwagę produkcja, bardzo przestrzenna i oddająca naturalny sceniczny sound.
Niestety wydawnictwo to tylko urywek tamtego koncertu. Całość trwa sporo poniżej 40 minut, a przecież wiadomo, że zespół dał wtedy o wiele dłuższy koncert. I tutaj można zapytać: a może tak wydać ten materiał na płycie kompaktowej i uzupełnić o resztę utworów wykonanych tego wieczora? A może podwójny winyl? A jeśli nie płyta, to może chociaż wersja cyfrowa? Jeśli się pojawi, zmieniam notę na komplet gwiazdek.

Kwestionariusz:
1. Najlepszy moment: Jedna z najlepszych polskich koncertówek.
2. Najgorszy moment: Chcę wszystko, a nie tylko 37 minut.
3. Analogia z innymi elementami kultury: Koncert powinien przypominać stan wojenny, Jaruzelskiego, pacyfikacje, koksowniki, czas apokalpsy. A mnie przypomina tylko to, jak wielki zespołem była Brygada Kryzys.
5. Pasuje jako ścieżka dźwiękowa do: ciągłego słuchania. Potrafię słuchać tego albumu przez kilka dni bez przerwy bez żadnego znudzenia.
6. Ciekawostka: 1. Kiedyś przygotowywałem materiał o zespole The Fotoness. Podczas rozmowy z Tomkiem Lipińskim zapytałem go o losy tej płyty. Marginalność tego wydawnictwa sprawiła, że artysta o nim nie pamiętał. Te cztery milowe recenzje mają na celu przywrócić, a właściwie wprowadzić to wydawnictwo do powszechnej świadomości. 2. Nagrania z tej płyty zostały zmiksowane przez Marka Grzesika, tragicznie zmarłego przyjaciela zespołu. Zespół postanowił je wydać na kasecie w 1996 roku. Całość firmowało studio Gold Rock.
7. Na dokładkę okładka: skromna w środkach bardziej kojarzy się z ascetyczną "Czarną Brygadą" niż breugleowskim "Cosmopolis".

środa, 1 stycznia 2014

69. Azbest: 2013

Niezły rok, choć nie aż tak dobry jak 2012. Ale dożyłem do sylwestra więc nie będę marudził. Bez dalszych zbędnych wstępów - poniżej lista 10 ubiegłorocznych płyt, które najbardziej przypadły mi do gustu.

Agnes Obel "Aventine"
Agnes Obel - Aventine
Już "Philharmonic" - jej debiut sprzed trzech lat był obiecujący (i nie pisze tak ze względu na jej wersję "Close Watch" Johna Cale). Przemyślana, spójna płyta wypełniona nastrojowymi, urzekającymi lekkością piosenki. Jestem na 3xTAK.

Clutch "Earth Rocker"
Clutch - Earth Rocker
A to już zupełnie inna bajeczka. Zero subtelności i nastrojowości. Ma być CZAD! Energetyczny, żywiołowy rock. Homme od lat nie jest w stanie nagrać tak dobrej płyty.

Ampacity "Encounter One"
 Ampacity - Encounter One
Kosmiczny stoner rock... Zaraz, czy myśmy już o nich nie pisali? http://67mil.blogspot.com/search/label/Ampacity. Debiut roku.

Shofar "Ha - Huncvot" / Mikołaj Trzaska "Gra Różę"
Shofar - Ha - Huncvot Mikołaj Trzaska - Gra Różę
Mikołaj Trzaska na dwa baty. Z jednej strony drugi album Shofar - bardziej dopracowany, ciekawszy, ale również przystępniejszy i bardziej porywający (choć i tak nie oddający w pełni tego do czego grupa zdolna jest na żywo). Z drugiej strony zapis Offowego koncertu z muzyką do wiadomego filmu Smarzowskiego zagrana przez bardziej tradycyjny skład. Mikołaj w dwóch różnych odsłonach i za każdym razem się sprawdza.

Chance the Rapper "Acid Rap"
 Chance the Rapper - Acid Rap
Niezwykły przypadek - wydawnictwo udostępnione przez autora wyłącznie w sieci, znalazło się na liście najlepiej sprzedających się płyt... Nie, to nie magia. Otóż jakiś spryciarz nagrał to na płyty i sprzedawał (bez wiedzy i zgody itd.). "There is no business like show business". A sam materiał fajny - psychodeliczny hip hop.

Run the Jewels "Run the Jewels"
Run the Jewels - Run the Jewels
EL-P i Killer Mike uderzają raz jeszcze - tym razem pod szyldem "Run the Jewels". Przyjemny hip-hop bez wiochy za to z niezłym pierdolnięciem. No i jest za DARMO. Tak jakby ktoś jeszcze kupował płyty.

Melvins "Everybody Loves Sausages"
Melvins - Everybody Loves Sausages
Zazwyczaj album z coverami to krzyk rozpaczy zespołu gdy weny brak ("Grip Inc."), choć nie zawsze ("Undisputted Attitude", bitches!). Akurat Melvins trudno posądzać o brak pomysłów, co udowodnili tą płytą. Buzz z ekipą (i hordą gości) nagrali album zróżnicowany nie tylko muzycznie, ale również pod pod względem doboru utworów. I zrobili to z dużą dozą poczucia humoru.

Savages "Silence Yourself"
Savages - Silence Yourself
Rasowy post-punk, co paradoksalnie jest również piętą achillesową tej płyty. Gdyby ukazała się ćwierć wieku temu - klasyk itd. Dziś - słyszeliśmy to już tyle razy i znamy na pamięć. A jak może nie podobac sie rasowy post-punk, który znamy na pamięć?

Death Grips - Government Plates
Death Grips - Government Plates
Death Grips dalej uprawiają muzyczną partyzantkę - płyta wyszła cichaczem i jak zwykle nie bierze jeńców. Chyba ich najtrudniejsze wydawnictwo, ale bez przesady. Kto ich zna ten ich zna. I ich zna.




Więcej:
https://rateyourmusic.com/collection/azbest23/strm_relyear,ss.rd/2013/1

69. Pippin: 2013



Jakoś tak głupio marudzić kolejny rok z rzędu, że niewiele ciekawego, że i tak prawie nic nie słyszałem, a jak już słyszałem, to wrażenia były takie sobie. Jeszcze mnie Naczelny z bloga wyrzuci. Poza tym tak źle przecież nie było. Poniżej moja dziesiątka płyt 2013 roku. Bez zbędnych komentarzy. Miłej lektury, dzięki, że byliście z nami w tym roku i wszystkiego dobrego, nie tylko pod kątem wrażeń muzycznych, w 2014!


1. New Model  Army – Between Dog And Wolf

2. Queens Of The Stone Age - … Like Clockwork

3. Chelsea Light Moving

4. Swans – Not Here / Not Now

5. Depeche Mode – Delta Machine

6. Lee Ranaldo And The Dust – Last Night On Earth

7. Nine Inch Nails – Hesitation Marks

8. The National – Trouble Will Find Me

9. Flaming Lips – The Terror

10. Polvo – Siberia

69. Basik: 2013

Tym razem daruję sobie tematy autobiograficzne. Zostawiam je dla siebie poza tym, kogo to obchodzi? Zajmijmy się tym co najważniejsze i najlepsze z wydawnictw 2013 roku cytując Mary z Joe’s Garage Franka Zappy: Information is not knowledge. Knowledge is not wisdom. Wisdom is not truth. Truth is not beauty. Beauty is not love. Love is not music. Music is THE BEST.

1. Nick Cave and The Bad Seeds – Push the Sky Away
O ile kolejność pozostałych pozycji na liście może być przypadkowa, „Push the Sky Away” pozostawia wszystko inne w tyle. Skurwiel zaskoczył mnie, przyłapał in flagranti tak, że nie miałem szansy na ucieczkę. Zapadam się miękko w te dźwięki od pierwszej sekundy. Tyle.

2. Queens of the Stone Age – ...Like Clockwork
Josh Homme śpiewa jak nigdy dotąd. Nie chodzi mi tylko o lepszy warsztat muzyczny. W jego głosie słychać ekstremalne natężenie emocji. Tak właśnie odkryłem, że to bardzo smutna płyta i odkryłem, że na mnie to działa. Finał płyty w postaci „I Appear Missing” i utworu tytułowego (jakby Neil Young czuwał nad nim) po prostu obdziera ze skóry.

3. Depeche Mode - Delta Machine
Nie spodziewałem się, że podniosą się z desek i będą w stanie nagrać coś przyzwoitego. Dostałem coś więcej. Płytę nasycona mroczną atmosferą ze świetnymi wciągającymi aranżacjami, brzmieniem syntezującym historię DM, wpadającymi w ucho melodiami i – przede wszystkim – pełnym ognia głosem Gahana i doskonałymi tekstami.

4. Melt Yourself Down - Melt Yourself Down
Gorąca, taneczna, uzależniająca. Bomba eksplodująca czystym, nieustającym groovem. Afrykański jazz i afrobeat przefiltrowany przez muzykę klubową graną na żywca. Cudo!

5. Tomasz Stańko New York Quartet - Wisława
Stańko w zdecydowanie ciemnych, nocnych odcieniach. Niespiesznie rozwijające się kompozycje, dużo przestrzeni i powietrza pozwalają na głęboki oddech i swobodę wyobraźni. Siłę obecnego kwartetu Stańki jak i hipnotyzującą moc tego materiału potwierdzają dobitnie koncerty.

6. Fire! Orchestra - Exit!

Wirujący wokół statycznych pochodów basowych świat Fire! poszerza się o całą masę instrumentalistów pod batutą Matsa Gustafsona. Ilość idzie tu w parze z jakością i ciężko wyrwać się ze szponów tej zwariowanej muzyki.

7. Jello Biafra and The Guantanamo School of Medicine - White People and the Damage Done
Cios w ryj, kop w jaja i leżysz a nad tobą wisi ironiczny uśmiech Jello Biafry. Płyta pełna wściekłych antykorporacyjnych przebojów w nawiązaniu do najlepszych czasów Dead Kennedys. Jak ich nie lubić?

8. Monster Magnet - Last Patrol
Hawkwindowe repetycje, odległe kosmiczne plany, psychodeliczne pogłosy i spory potencjał przebojowy. Monster Magnet wraca do korzeni z najlepszą płytą po latach.

9. Clutch - Earth Rocker
Spośród miliarda zespołów inspirujących się stoner rockiem czy southernowym rockowym łojeniem tylko temu udało się nagrać rzecz wymykającą się kliszy pretensjonalnych brodatych amatorów Jacka Danielsa i kaktusów. Dosłownie każdy utwór to prawdziwe songwriterskie mistrzostwo pełne smaczków jak np. perkusyjny break w „D.C. Sound Attack” czy pulsujący finał „The Wolf Man Kindly Requests...”.

10. Meat Puppets - Rat Farm / The Presidents of the United States of America - Get Back in the Van
Lata 90. Najlepsze. Umieszczam „Rat Farm” na jednej pozycji z koncertowa epką „Get back In the Van”, bo słuchałem ich w kółko i na przemian (głównie w samochodzie, jak ktoś miał okazję ze mną jeździć to wie o co chodzi) tak, że zlały mi się w jeden album. Mocno subiektywna podróż sentymentalną.

To oczywiście nie koniec. Wybranie jedyne dziesiątki najlepszych i ulubionych wydawnictw spośród całej masy przesłuchanych albumów jest po pierwsze trudne i niesprawiedliwe. Dlatego pośród rzeczy, które mogłyby trafić do tego podsumowania na pewno wspomnę tu wywołujacą ciarki, piękną „Between Dog And Wolf” New Model Army i odwrotnie proporcjonalne – posępne „The Gethsemane Option” The Legendary Pink Dots (tak, oni cały czas nagrywają). Pomiędzy jednym i drugim atmosferę rozluźniły mi świry z Oblivians z popapraną płytą „Desperation” a potem niezwykle eklektyczny Chrome Hoof. Trzeba wspomnieć udane powroty na scenę przypieczętowane długograjem: Mazzy Star (Hope Sandoval – ach, ach, ach!) oraz Sebadoh. McCartney powrócił dwukrotnie, ze swoją nową płytą solową oraz jako jeden z wielu gości na doskonałym „Sound City: Real to Reel” Grohla. Apetyt na nową płytę Swans zaostrzył kompilacyjny „Not Here / Not Now” z namiastką premierowego materiału (pychota!). W kategorii soundtrack do biegania nad Wisłą stało się na długi czas „Something Else for Everybody” Devo. A przecież był jeszcze Ampacity, jeszcze koncertowa Brygada Kryzys, jeszcze nowe Świetliki… już nie mogę doczekać się przyszłego roku! Przebieram nogami. Do zobaczenia!

69. pilot kameleon: 2013

Było jak było. Chyba mniej entuzjastycznie niż w ubiegłym roku. Pod każdym względem. Zabrakło dziejówki na miarę "The Seer", choć skłamałbym, gdybym powiedział, że trzynastka pod względem muzycznym była pechowa. Tak wygląda moja dycha oraz ukryty na końcu ogonek.

1-2. Depeche Mode, Delta Machine
Teoretycznie nie czekałem. Byłem zimny i obojetny. Ale chwyciłem bakcyla, chwyciłem doskonałe piosenki, jakich nie było u nich od dwudziestu lat, chwyciłem soczysty sound i zostałem przeczołgany kilkadziesiąt razy. Dziś już nie słucha się płyt kilkadziesiąt razy, dziś nie kupuje się płyt, dziś wyrokuje się po zajawce. Nic w tym złego, sam to robię. Jestem depeszem. W końcu.

1-2. Nick Cave & The Bad Seeds, Push The Sky Away
Szarpnęliśmy się na milę z wujkiem Mikołajem. Wiele się od tego czasu zmieniło. Mikołaj dojrzewa na membranie, podskórnie się czai, wchodzi, przenika. Stonowany, nerwowy, głęboki. Wszystko dzieje się powoli, dorasta. Ta płyta będzie pęcznieć jeszcze wiele lat.

3. Fire! Orchestra, Exit
To się nie działo. Tego nie miało być. A wynużyła się potężna, rozbudowana historia z saksofonami, postpunkowym basem, szaloną perkusją. Mats objawił się bardzo potężnie i aż dwa razy zaprosił mnie na swoje koncertowe uczty. To dużo. W tym miejscu trzeba również wspomnieć o nieco skromniejszym (Without Noticing). Też jazda obowiązkowa.

4. The Flaming Lips, The Terror 
Narkotyki wracają. W najlepszym stylu. Tak wielkiego odlotu, który byłby tak fascynujący i całkowicie słuchalny to ja proszę Państwa nie zanotowałem od bardzo dawna. The Terror to powiew psychodelicji spowitej najmocniejszym towarem jaki można dostać na rynku. Najlepsze.

5. Boards of Canada, Tomorrow's Harvest
Ten album przegrywa z wieloma tegorocznymi płytami, dla których zabrakło miejsca na tej liście. Obiektywnie. Natomiast Tomorrow's Harvest z pewnością był jedną z najbardziej kulanych przeze mnie płyt ostatnich dwunastu miesięcy. Całe lato grali, sami się włączali, kazali mi się słuchać, pozwalali wnikać, pozwalali na odsłuchy niezobowiązujące. Każde. Dlatego należy się.

6. Queens Of The Stone Age, ... Like Clockwork
J.H. kazał długo czekać na swoje kolejne dzieło. Dobrze. Dzieło niezbyt obszerne. Dobrze. Dzieło najlepsze od kilku lat. Dobrze. 

7. Polvo, Siberia
Tutaj ukrył się mój tegoroczny hit. Tak. Prosty, ładny, wdzięczący, niezobowiązujący, melancholijny, gitarowy. Cała płyta jest nieco inna. Ale tylko trochę.

8. Tomahawk, Oddfellows
Tak, zdaję sobię sprawę z tego, że Patton jest passe... Wszystko jest już kurwa passe, wszystko jest niemodne, wszystko jest do dupy. Takie piosenki też są do dupy. Jak mnie to mało obchodzi...

9. UL/KR, Ament
Wąsy, pretensjonalność, wszystkie podsumowania teogroczne. Moje też. Dziwnie mi się skojarzyli, z Rogalowem Za Siódmą Górą. Podobne wibracje odczuwam. Kierunek: naiwność. Słuszny, bo mało takich historii jest ostatnio w dźwięku.

10. Budzy i Trupia Czaszka, Mor
Gdy milczy Armia każda inna aktywność Budzyńskiego cieszy. To jednak nie jest tak, że na bezrybiu i rak ryba. To nie jest tak, że mam słabość do jego twórczości. To jest tak, że chyba to najbardziej przyładowana fuzzem płyta jaka pojawiła się w Polsce w tym roku. Wrrrrrr.....

Trzeba wspomnieć o kilku rzeczach, które się nie zmieściły, a przecież na lajcie mogłyby być w tej dyszce. Uhonorować trzeba nowe Gorguts, Primitive Man i Nails, nie można zapomieć o świetnym Primal Scream, obłędnym New Model Army i wybornym Pere Ubu. Był też znakomity Jon Hopkins i sporo obiecująca rozbiegówka Swans. A z koncertów? Najbardziej zniszczył wszystko Shofar. Odstawił wszystkich na sto kilometrów. Czyli trochę tego było, trochę fajności również, dobrze jednak, że się skończyło. Nie było za to Bonda. Bond musi być. Bez niego nic nie ma sensu. Żegnam.

sobota, 21 grudnia 2013

68. Azbest: Widziałem cię z innym chłopcem

The Curse of the Golden Vampire "Mass Destruction"
Wymienianie wszystkich pobocznych projektów i kolaboracji Justina Broadricka potrwałoby lata i pochłonęło miliony ofiar, jest więc z czego wybierać. Klątwa złotego wampira rozpoczeła się gdy Broadrick i Kevin Martin (razem tworzyli jeszcze jeden projekt - Techno Animal) postanowili nagrać coś z Alec'iem Empire (Atari Teenage Riot). Druga płyta wąpierza - "Mass Destruction" została nagrana już bez niego. Digital hardcore w najskrajniejszej odsłonie. Muzyczna ekstrema w najbardziej ekstremalnym wydaniu (za "Mass Destruction" ze dwie dychy dałem).

Drum Freaks "Smyrna"
Już Osjan sam w sobie ma pewne znamiona efemeryczności cóż więc myśleć gdy doczekuje się odprysku? Ale na bok złośliwości - Milo Kurtis nie marnowałby swojego czasu na tworzenie klona. Pewne podobieństwa stylistyczne sa zauważalne, ale to dwa samiostne byty. Drum Freak nie jest tak zakotwiczony w etniczności i nie boi się nawiązań do muzyki rockowej. Mam obie płyty - zapłaciłem odpowiednio 10 i 12 złotych.

Harry Crews "Naked in Garden Hills"
Lydia Lunch jest królową efemerycznych projektów więc gdy w 1988 roku Kim Gordon miała chwilę wytchnienia po sesji "Daydream Nation" zmontowały zespół (inspirowany twórczości pisarza Harrego Crewsa) i ruszyły w miesięczna trase po Europie. Jedyną pamiątka po zespole jest koncertówka "Naked in Garden Hills" (Mam! Chyba z 15 zł dałem.).

The Jury "Niewiele"
Cover band Leadbelly'ego o ciekawym składzie - Lanegan i Pickerel ze Screaming Trees oraz Cobain i Novoselic z Nirvany. W sierpniu 1989 nagrali cztery kawałki - "Where Did You Sleep Last Night" trafił na solowy debiut Lanegana, reszta ujrzała światło dzienne na kompilacji Nirvany "With The Lights Out".

Murder Inc. "Murder Inc."
Po trasie "Extremities, Dirt & Various Repressed Emotions" Jaz Coleman raz jeszcze schronił się na odległej wyspie ("Wybierzcie sobie wyspę!") - tym razem Nowej Zelandii. Tyle, że reszta zespołu nie chciała rezygnować z gry, ani nawet nazwy. Oczywiście uzurpatorzy zmiękli gdy Coleman zagroził, że swoją magią odbierze im dusze. Imitacja Killing Joke zatrudniła więc na mikrofon imitację Davida Bowie w osobie Chrisa Connelly i już jako Murder Inc. wydali jeden, całkiem fajny album album (Mam! Ale nie będe się chwalił, że udało mi się kupić za 10zł. I to wliczając przesyłkę).

Of Cabbages and Kings "Face"
Gdy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Swans zaczęli mięknąć (wtedy się działy takie rzeczy...) sekcja rytmiczna (Algis Kizys i Ted Parsons) postanowiła się troszkę wyżyć na boku. I choć uczciwość każe stwierdzić, że nie była to klasa macierzystego zespołu, to jednak warto na nich rzucić uchem. Nagrali w sumie trzy płyty, ale Parsons zniknął po pierwszej. Dał nogę gdy tylko znalazł stabilniejsze zatrudnienie w Prong. Pierwszą Epke i album zebrane na jednym CD udało mi się okazyjnie wyhaczyć na allegro.

Pap Smear
Hardcorowy projekcik przy którym dłubali Jeff Hanneman i Dave Lombardo z Megadeth. Składu dopełnił Rocky George z Suicidal Tendencies. Udało im sie nagrać tylko demówkę z czterema utworami nim Rick Rubin rozgonił towarzystwo by nie psuli mu interesów. Dwa kawłki zostały później zkanibalizowane na "Undisputed Attitude".

Time Machines "Time Machines"
Lekkie oszustwo z mojej strony - Time Machines nie jest samodzielnym projektem, to "pseudonim" pod jakim Coil wydał jeden ze swoich albumów. Skoro jedenk zdecydowali się na inną etykietkę to czuję się usprawiedliwiony. A jest to jeden z najlepszych materiałów jakie nagrali Balance i Christopherson (a to coś znaczy w ich przypadku!). Gdy o jakimś wydawnictwie mówi się, że jest transowe, hipnotyczne i narkotyczne zazwyczaj można skwitować to uśmieszkiem i wzruszeniem ramion. W przypadku maszyn jest to naprawde uprawnione, a i tak nie odda całej sprawiedliwości. Jedna z tych nielicznych płyt co to potrafią wyrwać człowieka z objęć rzeczywistości.

Venomous Concept "Retroactive Abortion"
W 2003 roku Napalm Death odnotował spadek aktywności więc ichnia sekcja rytmiczna (Znów! w tym przypadku Embury i Herrera) skontaktowali się z Kevinem Sharpem (m. in. wcześniej i później też Brutal Truth) by pograć trochę panczura. Składu dopełnił Buzz Osborne (Melvins, Fantomas, Pearl Jam) i nazwa będąca żartobliwym nawiązaniem do klasyków (Poison Idea!). Nieco później Buzza zmienił Dan Lilker (m.in. Nuclear Assault, NunFuckRitual, Hemlock, Stormtroopers of Death, The Ravenous, Anthrax). No i dodam na zakończenie, że drugą ich płytę udało mi się trafić za bodaj 17 złotych.

Wolverine "Million Hells"
Pod koniec ubiegłego wieku Behemoth nie wszedł jeszcze na pełne obroty wiec Negral wpadł na pomysł by pozżynać troszkę z Danziga. Z grupką znajomych powołali rzeczony Wolverine i nagrali EPkę "Million Hells". Od "Thelemy" Behemoth się rozkręcił i chyba zabrakło pary na ten składzik. A szkoda bo materiał był naprawdę przyjemny.

68. Pippin: Widziałem cię z innym chłopcem



Ta odsłona nosiła roboczy tytuł „Założę się, że tego nie znasz”, był on jednak nazbyt ryzykowny. Bo raz – zdaję sobie sprawę, iż nasze wypociny są czytane przez osoby o znacznej wiedzy i rozeznaniu muzycznym, nierzadko zresztą większym, niż dysponują sami autorzy. Dwa – w tak zwanej dobie Internetu ciężko o projekty naprawdę nieznane, bądź znane tylko garstce. Tak czy inaczej – zapraszam do małego przeglądu ciekawostek i mniej oczywistych projektów wykonawców, których dobrze znacie. Może coś Wam się przypomni, może coś ciekawego jednak odkryjecie? Jedziemy:


Bowiego znacie na pamięć. O Prokofiewie pewnie też słyszeliście. A zetknęliście się z ich wspólnym poniekąd dziełem? Academy Award Winner Alec Guinness i Academy Award Winner Peter Ustinov odrzucili propozycje i rola narratora w tym opracowaniu symfonicznej bajki przypadła Davidowi. Jak widać, nawet w jego berlińskim okresie można znaleźć optymistyczne wątki.
Że Bjork, zanim zaczęła karierę solową, śpiewała w Sugarcubes – to fakt raczej znany. KUKL jest projektem jeszcze starszym, bardziej chaotycznym, punkowym i wrzaskliwym. Swoista islandzka wersja postpunku/gotyku.
Patrząc na skład personalny – chyba największa supergrupa w dziejach rocka. Luzacki, przyjacielski projekt, w rolach głównych: George Harrison, Tom Petty, Bob Dylan, Roy Orbison i Jeff Lynne, że o dodatkowych muzykach sesyjnych nie wspomnę. Pozytywna i przyjemna historia. 

Sebadoh – Bakesale (1994)
Sebadoh to zespół numer dwa Lou Barlowa, na co dzień basisty Dinosaur Jr. I twierdzę, że w najlepszych momentach wcale nie ustępował wiele tej słynnej kapeli. 

Albert Rosenfield – The Best Off (1995) 
To były dobre czasy dla polskiego mocniejszego rocka. Czterej basiści (w tym Titus i bracia Chrzanowscy) oraz Posejdon, perkusista Closterkellera, chwyciło za inne instrumenty i zaserwowało kawał porządnej muzyki, gdzie humor przeplatał się z odpowiednim ciężarem. Wprawdzie to na drugiej płycie znajduje się hit „Tyle słoni w całym mieście”, ale jeśli mam coś polecać, to zdecydowanie wolę debiut. 

Three Fish (1996)
W złotej erze grunge’u aż roiło się w Seattle'owskim środowisku od projektów pobocznych, udziałów gościnnych i różnorakich efemeryd. Najbardziej dziś pamiętamy Mad Season, pewnie zresztą słusznie. Ale i Three Fish, dowodzony przez Jeffa Amenta z Pearl Jam, może się podobać. Post grunge? Psychodelia? Elementy world music? A zresztą szlag z etykietkami. 

Madame – Koncert (1999)
Chronologia trochę jest tu fałszywa, ale co ja poradzę, że ten, dość kiepsko zarejestrowany, koncert został wydany trzynaście lat po nagraniu? Zespół Madame jest jakoś tam kojarzony, ale przypominać go nigdy za wiele, przynajmniej do czasu, aż ktoś wreszcie porządnie zbierze i wyda ich rozproszone nagrania. Połowa lat osiemdziesiątych to najlepszy okres dla polskiego odłamu zimnej i nowej fali, a Madame to czołowy jego przedstawiciel. Najlepsza z muzycznych przygód Roberta Gawlińskiego – chyba żeby rozpatrywać Wilki jako zespół, który nagrał wyłącznie debiutancką płytę. A jak jeszcze dodamy Sadowskiego na gitarze...

Beth Gibbons & Rustin Man – Out Of Season (2002)
Zastanawialiście się kiedyś, jak brzmiałby głos Portishead, gdyby wyciąć mu te wszystkie loopy i sample, i po prostu zostawić z melodią? Otóż brzmi on właśnie tak. A tajemniczy Rustin Man to nie byle kto, tylko Paul Webb, niegdyś gitarzysta Talk Talk. 

Trent Reznor and Atticus Ross – The Social Network (2010)
Wiedzieliście, że lider Nine Inch Nails dostał Oscara? 

Eddie Vedder – Ukulele Songs (2011)
No tak, to jednak nie jest nieznany projekt. Może i szkoda.

68. pilot kameleon: Widziałem cię z innym chłopcem

Skok w bok dobra rzecz. Zwłaszcza w muzyce. Niesie on co prawda ze sobą sporo niebezpieczeństw, ale jeśli uda się je pokonać, mogą powstać rzeczy wielkie, albo po prostu urocze. I na takich historiach się tutaj skupiam. Dodatkowo wskazuję zagadnienia raczej nie z pierwszej linii popularności. Poniżej subiektywna dycha projektów mniej znanych, w których maczali palce bardzo znani muzycy. Tekst został uzbrojony w linki odsyłające do materiałów prezentacyjnych. Kto ciekawy, niech zerka.

- Morawski Waglewski Nowicki Hołdys - Świnie (1985)
Były kiedyś takie czasy, że nazwisko Hołdysa nie kojarzyło się z bucowaniem. Były kiedyś czasy, kiedy Waglewski po prostu grał, a nie był wyznacznikiem dobrego smaku. To było bardzo dawno temu, ale jednak było. Świnie.

- Pailhead - Trait  (1988)
Fugazi spotyka się z Ministry. Z dzisiejszej perspektywy raczej akcja nie do pomyślenia. Nagrywają świetnego singla oraz doskonałą epkę i znikają. Tak jak wiele projektów Jourgensena z tamtych czasów. Efemeryczność wychodzi czasem na zdrowie.

- Hissanol - 4th and Back (1995)
Andy Kerr, mistrz wiosłowy z Nomeansno nagrywa album korespondencyjny ze Scottem Hendersonem. Jeden z najbardziej paranoicznych materiałów jakie dane mi było słyszeć. Trzy lata później nagrywają drugą płytę. Później Kerr niestety właściwie milknie... Szkoda.

- The Users - Nie idź do pracy (1999)
Brylewski, Świetlicki, Kurtis, Trzaska, Tymański, Olter. Total. To nie powinno działać, a jednak udało się. Koncertówka "Nie idź do pracy" to efekt wspólnej pracy, wypadkowa wszystkich osobowości, a przy tym jedna z mniej znanych i niestety niedocenionych płyt. Warto by wznowić, bo płyta mi się zepsuła.

- Banyan - Anytime At All (1999)
Skromny projekt Stephena Perkinsa z Jane's Addiction miał z założenia chyba tylko lokalną siłę rażenia. Wystarczyło jednak, by popełnić intrygujący album pełen luzu, swobody i naturalności.

- Steve Roach & Jeffrey Fayman With Robert Fripp & Momodou Kah - Trance Spirits (2002)
Cios z kosmicznej otchłani połączony z chtonicznymi rytmami oraz podlany gęstymi dźwiękami soundscape. Płyta zimna, wyzuta z jakichkolwiek ciepłych emocji, skrajnie pesymistyczna i uzależniająca. Trzeba do niej wracać.

- Ataxia - Automatic Writing (2004)
Fru miał wtedy mocny lot. Mało mu było macierzystej kapeli (z perspektywy czasu widać dlaczego), więc wyładowywał się sam. Sam bądź z kuplami. Tutaj pomagał mu Joe Lally z Fugazi i Josh Klinghoffer, który wiele lat później zastąpił go w RHCP. Ataxia okazała się projektem o nieco większej żywotności i popełniła aż dwa długograje. Oba wypełnione kawałem wciągającej transowej muzyki o charakterze improwizowanym.

- KTU - 8 Armed Monkey (2005)
Kiedy King Crimson poszedł w odstawkę Trey Gunn i Pat Mastelotto pokumali się z fińskim akordeonistą Kimmo Pohjonenem i na nowo zaczęli penetrować lekko projeKctowe tereny. A że Pohjonen okazał się osobowością na miarę Frippa, powstała płyta wybitna. Jedno z najważniejszych okołokarmazynowych wydawnictw.

- The Fireman - Electric Arguments (2008)
Dziwne połączenie. Paul McCartney z The Beatles i  Youth z Killing Joke. Intymna, i pomimo wielu żywszych fragmentów bardzo stonowana płyta. Płynąca gdzieś daleko, jakby trzecim torem. Lekko melancholijna, odległa, głęboko podszyta bluesem. Jedna z ładniejszych.

- The High Confessions - Turning Lead Into Gold With the High Confessions (2010)
Steve Shelley z Sonic Youth i Chris Connely znany z wczesnego Revolting Cocks, a sporadycznie współpracujący z Ministry pokazali, jak z ołowiu zrobić złoto. Pięć trasowych, hipnotycznych kompozycji wbijających w fotel słuchacza. Wujek Al mógłby się dziś od nich uczyć...

68. Basik: Widziałem Cię z innym chłopcem

Kot z psem, kura z kaczką, małpa z koniem. Niemożliwe? W świecie muzyki wszystkie kombinacje i krzyżówki są prawdopodobne, bez ingerencji inżynierii genetycznej. Aby uniknąć kataklizmu chowu wsobnego, czy tez w poszukiwaniu nowych inspiracji, konieczna jest czasem wymiana płynów pomiędzy muzykami różnych proweniencji. Eksperymentalne parzenie się tych darmozjadów daje mniej lub bardziej udane owoce. Popatrzmy.

Variete - Koncert „Teatr STU” (1995)
Bez Trzaski ten koncert pewnie nadal byłby co najmniej dobry. Dobrze się jednak stało, że szarpie tu saksy. Variete urabia tutaj surową smołę. Obsesyjne piękne i nerwowe frazy Trzaski tą smołę podgrzewają.

Frank Zappa and the Mothers of Invention – Playground Psychotics (1992)
Wydana jeszcze za życia Franka obszerna kompilacja, zawiera koncert z Fillmore East, NY z 6 czerwca 1971 roku z gościnnym udziałem Johna Lennona oraz Yoko Ono (materiał w trochę innym zakresie trafił na „Some Time In New York” Lennona). Widać, że Yoko ma jednak większy ubaw niż przy Bitelsach. Obowiązkowa rzecz dla fanów obu artystów.

Green Jelly - Cereal Killer Soundtrack (1993)
Kolektyw audio – wizualnych kretynów pt. Green Jelly a w nim połowa nieznanego i dojrzewającego wówczas zespołu Tool. Bębni Danny Carey, w rolę trzech małych świnek wciela się sam Maynard.

Tymon & Transistors - Wesele (2004)
Janerka wciera itr i tal w swoją grzywkę. Lachowicz dyma orła białego a Brylewski poszukuje skarbów Watykanu w podziemiach bazyliki w Licheniu. Gości na weselu tak wiele, że nie czuć dominacji wszędobylskiego lidera.

The Good, the Bad and the Queen – s/t (2007)
Że co? Damon Albarn (Blur), Tony Allen (Fale Kuti), Paul Simonon (The Clash) i ten czwarty koleś nagrali razem płytę? Trudno uwierzyć, że TAKI skład może TAK przynudzać.

Patti Smith & Kevin Shields – The Coral Sea (2008)
Patti Smith odczytuje swój poemat „The Coral Sea” napisany ku czci przyjaciela, Roberta Mapplethorpe’a a przestrzeń muzyczną delikatnie wypełnia „gościu ze sporym pedalboardem”. Całość poruszająca.

Gutter Twins – Saturnalia (2008)
Gdy spotykają się dwa smętne chuje tej klasy - Greg Dulli oraz Mark Lanegan - efekt nie może być zły. Bardzo klimatyczna i swobodnie płynąca to rzecz, choć bezpieczna i bez niespodzianek.

Them Crooked Vultures – s/t (2009)
Kolaboracja Josha Homme, Dave’a i Johna Paula (tego z Led Zeppelin, nie papieża) elektryzowała przede wszystkim przed wydaniem płyty, później było trochę gorzej. Mimo, że poziom album nie dorósł do pobudzonych oczekiwań, sporo tu dobrego materiału w całkiem oryginalnym stylu.

BXI - EP (2010)
Tokijczycy z Boris nagrywają wszystko: drone’y, doom metal, soundtrack do Jarmusha, irytujący J-Pop a jednym razem zdarzył im się album z Ianem Astbury z The Cult. Astbury śpiewa jakby miał zaraz oddać obiad, ale borisowa – brudna i potężna - interpretacja Cultowego „Rain” jest doskonała. Reszta nie wychodzi ponad przeciętność.

Krzysztof Penderecki / Jonny Greenwood – s/t (2012)
Ta współpraca odzwierciedla najlepiej tytuł niniejszego zestawienia, patrząc pod kątem różnicy wieku pomiędzy artystami. Mniejsza z tym, bo po latach Tren dla ofiar Hiroszimy i Polimorfia nadal potrafią srogo przeczesać a wyobraźnia gitarzysty Radiohead zachwyca.